Żniwa rewolucjiJest wiosna roku 2006. Największą, najbardziej prestiżową organizacją MMA na świecie jest japońska PRIDE FC. To właśnie tam walczy większość najlepszych fighterów na świecie.

W wadze ciężkiej prym wiedzie Rosjanin Fiodor Emelianenko, tuż za nim są Mirko „Cro Cop” Filipovic, który za kilka miesięcy wygra turniej wszechwag, Josh Barnett, który będzie tego turnieju finalistą i były mistrz Antonio Rodrigo Nogueira. Rośnie w siłę młody Rosjanin Siergiej Charitonov, z powodzeniem pierwsze kroki w MMA stawia były gwiazdor K-1, Mark Hunt.

W wadze półśredniej (do 93kg) mistrzem od lat jest Wanderlei Silva, ale grono pretendentów nie daje mu chwili wytchnienia – Ricardo Arona, Mauricio Rua, Quinton Jackson, by wymienić tylko kilku. To są najlepsi z najlepszych. Konkurencja jest tylko jedna – amerykańska organizacja UFC – ale tam mistrzem wagi ciężkiej jest wielki, lecz ślamazarny Tim Sylvia, a w kategorii niżej widzimy w kółko kolejne odsłony walk pomiędzy trójką: Chuck Liddell, Tito Ortiz i Randy Couture. Krótko mówiąc, nuda. I całkowita dominacja Japończyków.

Wiosna 2009

Jest wiosna roku 2009. PRIDE FC już dawno nie ma, a UFC jest hegemonem na firmamencie organizacji MMA. Mistrzem UFC wagi ciężkiej jest Brock Lesnar, półciężkiej zaś Rashad Evans. Głównymi pretendentami do tytułu są odpowiednio Frank Mir oraz Lyoto Machida. O ile zadziwiać może radykalne odwrócenie sytuacji na linii UFC-PRIDE, o tyle jeszcze bardziej zastanawia rzecz inna: co się stało z największymi fighterami? Emelianenko usunął się w cień, Barnett tak samo, Filipovic został zdewastowany przez drugi garnitur gwiazd UFC, Nogueira zaistniał tylko na krótką chwilę, po czym został zdetronizowany w przez powracającego po kontuzji Mira. Silva od trzech lat wygrał tylko jedną walkę z niewygodnym, lecz przeciętnym Jardine’m, Arony nie ma, Rua nie osiągnął nic poza zniechęceniem do siebie dużej rzeszy oddanych fanów. Jedynie Quinton Jackson, który nie mógł do końca przebić się w PRIDE, utrzymuje się w ścisłej czołówce. O ile w biznesie radykalne zmiany nie dziwią, o tyle w sporcie nie zdarza się, że wiele osób „nagle” traci umiejętności. Spróbujmy zatem przyjrzeć się temu, co zaszło, a następnie pokusić się o wydobycie przyczyn zaistniałej sytuacji.

Ze względu na zawodową drogę, jaką przeszli przez ostatnie trzy lata, byłych czołowych zawodników PRIDE można podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowić będą ci, którzy – z różnych powodów – zniknęli na dobre ze sceny MMA (Arona, Randleman). W drugiej znajdą się ci, którzy wobec przechylenia się szali na rzecz UFC, podpisali z tą organizacją kontrakt w nadziei, że tam, pośród najlepszych, będą mogli dalej święcić triumfy, tak, jak czynili to do tej pory (Filipovic, Rodrigo Nogueira, Silva, Rua, Jackson). Trzecia grupa to zawodnicy, którzy do UFC nie przeszli, ale wciąż są zauważalnie aktywni na ringach pomniejszych organizacji (braci a Emelianenko, Barnett, Rogerio Nogueira, Kharitonov). Nie są to grupy jednolite. Mimo tak wyraźnego podziału zachodzą pomiędzy poszczególnymi fighterami zasadnicze różnice. Klasyfikacja taka jest jednak, moim zdaniem, na tyle użyteczna, że warto ją zachować i podług niej przedstawić skrót minionych wydarzeń.

Ricardo Arona

Stosunkowo najmniej powiedzieć można o tych, którzy po prostu zniknęli ze sceny. Ricardo Arona, brazylijski zawodnik, który stoczył pamiętny dwubój z Wanderlei’em Silvą, ceniony za efektywność, lecz ganiony przez wielu za styl, stoczył swoją ostatnią walkę w kwietniu 2007 roku.

Była to zaskakująca przegrana w kiepskim stylu z Thierry Rameau Sokoudjou. Nie był to dobry sposób na pożegnanie z fanami, a jednak Arona na dwa lata zupełnie zniknął. Dopiero ostatnio w wywiadzie twierdził, że pragnie powrotu do MMA i że ma propozycje z różnych organizacji. Być może zobaczymy go też w turnieju zapaśniczym ADCC w Abu Dabi. Kevin Randleman, czarnoskóry Amerykanin znany z ogromnej siły i agresywności, również nie walczył od 2006 roku – za wyjątkiem jednej walki na japońskich ringach. Tu jednak przyczyną były problemy zdrowotne. Jakiekolwiek by jednak przyczyny nie były, pozostaje faktem, że tracąc Aronę i Randlemana scena MMA zubożała wyraźnie. Były to postacie charakterystyczne, charyzmatyczne, w pewien sposób nieobliczalne, wzbudzające żywe emocje wśród fanów. Wydaje się, że dziś takich postaci trochę brakuje.

Mirko Filipovic

Bardzo ciekawą grupę stanowią zawodnicy, którzy postanowili spróbować swoich szans po drugiej stronie Pacyfiku. Pierwszą wielką gwiazdą PRIDE, która tego dokonała był Mirko Filipovic. Chorwat zawalczył na gali UFC 67: All or Nothing (tego samego wieczoru walczył również Quinton Jackson, o nim powiemy jednak później). Jego przeciwnikiem był nieznany Eddie Sanchez i choć walka nie zachwyciła, wygrał ją zdecydowanie Filipovic. Już wtedy jednak pojawiły się złe wróżby. Mówiono, że Mirko nie był sobą, że walka sprawiała mu trudność i że gdyby przeciwnik był bardziej wymagający, wynik mógłby być inny. Okazja sprawdzenia tych przepowiedni nadarzyła się niespełna trzy miesiące później, Filipovic miał bowiem zawalczyć z dobrze rokującym Gabirelem Goznagą. Tego wieczoru nastąpiła rzecz, której nikt nie mógł się spodziewać. Znany z szybkiego wykańczania przeciwników kończącym kopnięciem Filipovic, padł ofiarą własnej broni – przegrał w wyniku otrzymania takiego właśnie ciosu, co było o tyle niespodziewane, że Gonzaga jest specjalistą od technik parterowych i walka w stójce nie jest jego mocną stroną. Próba odbudowy wizerunku w walce z kolejnym przeciwnikiem, Cheickiem Kongo, spełzła na niczym, bowiem i to starcie Chorwat musiał dopisać po stronie przegranych.

Tym sposobem, po zaledwie trzech walkach, skończyła się przygoda z UFC dla mistrza wszechwag PRIDE. Od tego czasu Mirko stoczył trzy walki: wygrał z miernym Japończykiem Mizuno, stoczył przerwaną walkę z Alistairem Overeemem, w której jego oponent był zdecydowanie górą oraz wygrał po nudnej walce ze słabym gigantem Hong Man Choi’em. Podsumowując, ostatnią wygraną i dobrą walkę stoczył we wrześniu 2006 roku. I nie zanosi się na zmianę sytuacji.

Antonio Rodrigo Nogueira

W ślad z Filipovicem poszedł Antonio Rodrigo Nogueira, drugi z „wielkiej trójcy” wagi ciężkiej PRIDE (trzecim był Fiodor Emelianenko). Na „przetarcie” dostał starego rywala z PRIDE, którego pokonał już dwukrotnie – Heatha Herringa. Nogueira wygrał i tym razem, ale mimo to rozczarował. Niewiele zresztą brakowało, by sromotnie przegrał. Znany z wielkiej odporności na ciosy Brazylijczyk leżał po ciosie Herringa i był bliski porażki przez techniczny nokaut. Wygrana ta spowodowała, że dostał on szansę walki o pas UFC. Szansę wykorzystał, pokonując Tima Sylvię przez poddanie i był to jak dotąd największy sukces dawnych megagwiazd PRIDE na amerykańskim gruncie. Był to zarazem sukces krótkotrwały, bo już w pierwszej walce, w której przyszło Nogueirze bronić pasa, doznał porażki. Frank Mir, wracający po kontuzji były czołowy fighter UFC, udzielił mu srogiej lekcji, zostając pierwszym zawodnikiem w historii, który zdołał pokonać Nogueirę przez techniczny nokaut. Czego więc szczęśliwie udało się ominąć w walce z Herringiem przytrafiło się zaraz potem i w chwili obecnej to Mir, a nie Nogueira, stoczy bój o unifikację pasów wagi ciężkiej z Brockiem Lesnarem. Przyszłość Brazylijczyka natomiast jest wielką niewiadomą.

Wanderlei Silva

Wanderlei Silva. Ikona PRIDE. Człowiek, który od września roku 1999 do sierpnia roku 2005 nie przegrał walki, w swojej kategorii wagowej i który nie bał się stawać w szranki z cięższymi zawodnikami (Mark Hunt, Mirko Filipovic, Kazuyuki Fujita). Zawodnik, który pokonał tak znakomitych fighterów, jak Kazushi Sakuraba (trzykrotnie), Dan Henderson, Guy Mezger czy Quinton Jackson (dwukrotnie). Można chyba pokusić się o stwierdzenie, że był to największy zawodnik w historii japońskiej organizacji. A jednak…spośród pięciu ostatnich walk, Silva wygrał tylko jedną. Trzy z czterech porażek doznał przed czasem – w objęcia Morfeusza posłali go kolejno Mirko Filipovic, Dan Henderson i Quinton Jackson; dla tej tróki był to srogi rewanż za nieudane poprzednie starcia z Silvą. Zaczęło się już wcześniej. Zwycięską passę zatrzymał wielki wróg Silvy, Ricardo Arona. Rewanż należał wprawdzie do Silvy, ale zdaniem wielu była to decyzja kontrowersyjna (obie walki zakończyły się decyzją sędziowską). Od tego czasu nie wiedzie się wielkiemu Brazylijczykowi.

W złym stylu pożegnał się z PRIDE, w nie lepszym zagościł w UFC – już w pierwszej walce przegrał z innym odwiecznym oponentem, Chuckiem Liddellem. Błyskawiczna wygrana z nieobliczalnym Keithem Jardine’m sugerowała odrodzenie Silvy, ale w grudniu 2008 roku Quinton Jackson w efektowny sposób rozwiał te złudzenia. Obecnie Silva, przypuszczalnie największy mistrz kategorii do 93kg w historii MMA, nie ma jasnego planu na przyszłość. Najbliższą walkę stoczy na gali UFC 99: The Comeback, jego przeciwnikiem będzie Rich Franklin, a walka odbędzie się w niestandardowej kategorii wagowej – do 195 funtów. Wszystko wskazuje na to, że jest to krok ku przejściu do niższej kategorii wagowej i szukaniu tam możliwości odzyskania dawnego blasku. Nie będzie to jednak łatwe. Nawet jeśli Silva odniesie zwycięstwo nad Franklinem, w niższej kategorii będzie na niego czekać inny Brazylijczyk, notabene o tym samym nazwisku – Anderson Silva, który już zapowiedział, że tanio skóry nie odda i zasadniczo odradza wchodzenie na swoje „terytorium”.

Mauricio „Shogun” Rua

Nieco inny przypadek stanowi Mauricio „Shogun” Rua; inny z kilku powodów. Po pierwsze , o ile wyżej wymieniona trójka była na szczycie się od wielu lat, o tyle Rua należał do „młodych wilków” w PRIDE i największe sukcesy miały dopiero nadejść. Po drugie, jego los w końcowych miesiącach PRIDE oraz później potoczył się inaczej niż poprzedników, odmienne były też tego przyczyny.

W przypadku Mauricio wielki triumf przyszedł stosunkowo szybko. W cztery miesiące zdołał pokonać we wspaniałym stylu kolejno Quintona Jacksona, Antonio Rogerio Nogueirę, Alistaira Overeema oraz Ricardo Aronę, dzięki czemu został mistrzem PRIDE Grand Prix wagi półciężkiej. Odtąd Rua był przez wielu uważany za najlepszego fightera w tej kategorii wagowej.

Będąc na wznoszącej fali, czując się bardzo pewnie, podjął się Rua walki z zawodnikiem wagi ciężkiej, dawnym mistrzem UFC, ale będącym już u schyłku kariery – Markiem Colemanem. Choć lżejszy, był Brazylijczyk zdecydowanym faworytem. Rua miał szansę już w pierwszych chwilach rozstrzygnąć walkę na swoją korzyść, ale nie udało mu się to. Zamiast tego, w 49 sekundzie walki Rua upadł tak nieszczęśliwie, że złamał rękę w łokciu. Coleman triumfował, a Rua doznał pierwszego niepowodzenia w PRIDE. Paradoksalnie, chociaż było to zarazem jego ostatnie niepowodzenie w tej organizacji (nigdy wcześniej, ani później w PRIDE nie przegrał walki), jego kariera mocno zahamowała. Wróciwszy na ring po kontuzji zdołał pokonać jeszcze czterech przeciwników, ale to jakby nie był już ten sam Rua. Niemniej nie licząc pechowej porażki z Colemanem, czarno na białym widać było, iż Brazylijczyk wygrał dwanaście ostatnich walk, w tym z większością najlepszych fighterów świata. Przez cztery lata był tak naprawdę niepokonany. Szefostwo UFC nie mogło się z tym nie liczyć i jesienią 2007 roku Rua miał zawalczyć swoją pierwszą walkę przed amerykańską publicznością – pierwszą w drodze po pas UFC, jak myślało wielu. Okazało się jednak, że to, co wystarczyło na starego Randlemana, albo Japończyka Nakamurę, to jednak za mało, by pokonać walecznego Forresta Griffina. Mauricio zdawał się nie być w szczytowej formie i ustępował przeciwnikowi na każdej płaszczyźnie. Po raz drugi w karierze ktoś rzeczywiście go pokonał (wcześniej dokonał tego jedynie Renato Sobral). Dana White triumfował, fighterzy UFC znów okazali się lepsi od mistrzów z PRIDE. Obecnie Rua usiłuje odbudować swój wizerunek. Pokonał, po bardzo słabej walce, Marka Colemana, rewanżując się za ich pierwszą pechową walkę. Pokonał również Chucka Liddella, wielką postać z UFC.

Wydaje się, że Brazylijczyk znów pnie się w górę, lecz na dzień dzisiejszy należy go umieścić – obok Filipovica, Nogueiry i Silvy – na liście zawodników, którzy w PRIDE byli tytanami walki, a w UFC ich blask przygasł.

Quinton Jackson

Ostatnim fighterem z tej grupy, którego koleje przytoczę jest Quinton Jackson. Kolejność ta nie jest przypadkowa i w gruncie rzeczy należałoby chyba omówić jego przypadek osobno, jako że w odróżnieniu od poprzedników, jego gwiazda własnie rozbłysła na dobre dopiero w UFC. W PRIDE był zawsze najwyżej tym drugim, za Wanderlei’em Silvą. Po przenosinach do Ameryki, stał się fighterem pierwszej wielkości.

Przypomnijmy, w roku 2003 Jackson staje naprzeciw Kevina Randlemana, Michaiła Iluchina, Murilo Bustamante oraz Chucka Liddella. Ze wszystkimi wygrywa po dobrych walkach. Ukoronowaniem tych wysiłków ma być sięgnięcie po pas dzierżony przez Wanderlei’a Silvę. W siódmej minucie pierwszej rudny marzenia się rozwiewają, a Quinton zostaje pierwszy raz w karierze znokautowany. Okazja do rewanżu nadarza się rok później. Po efektownym zwycięstwie nad Ricardo Aroną (pamiętny slam), Jackson gotowy jest na ponowne podjęcie rękawicy. Znów jednak rękawica ta okazuje się być zbyt ciężka – Silva szczęśliwie ratuje się w pierwszej rundzie, by w drugiej kolejny raz dać Quintonowi znać o destrukcyjnej sile swych ciosów kolanami. To podłamuje Jacksona. Ledwo pokonuje Murilo Ruę (wymęczona decyzja), dostaje srogie lanie od jego brata, następnie wygrywa z dwoma słabymi fighterami azjatyckimi i żegna się z PRIDE. Na gali małej organizacji WFA wygrywa z Mattem Lindlandem, by ostatecznie przenieść się do UFC. Ceniony, ale nieco zapomniany, występuje Jackson na gali UFC 67: All or Nothing, w cieniu innego przybysza z PRIDE, Mirko Filipovica. Ma to być przy okazji rewanż za porażkę we wczesnym etapie kariery z Marvinem Eastmanem. Japońska „armia zaciężna” wygrywa, o ile jednak Chorwat nie powalił na kolana, o tyle Jackson pokazał się z jak najlepszej strony, wygrywając efektownie przed czasem. Uczynił to na tyle przekonująco, że już w drugiej walce dostał szansę walki o pas. Była to trzecia szansa Quintona na pas znaczącej organizacji i okazało się, że przysłowie „do trzech razy sztuka” w jego przypadku całkowicie się sprawdziło. Zdobycie upragnionego pasa nie zajęło mu nawet dwóch minut – zwycięstwo nad dotychczasowym mistrzem, Chuckiem Liddellem, było bezapelacyjne i bardzo wymowne. Jackson triumfował. Wreszcie był na szczycie. Po rozpadzie PRIDE, UFC stało się zdecydowanie najważniejszą organizacją na świecie. A on był jej mistrzem. Po brutalnych porażkach z Silvą oraz Mauricio Ruą mało kto spodziewał się, że Quinton w ogóle się podniesie. A jednak, udało się. I można chyba bez obaw powiedzieć, że właśnie rozpad PRIDE, który dla tak wielu był początkiem końca, w jego przypadku miał kluczowe, w pozytywnym sensie, znaczenie. Mało tego, nowy mistrz nie osiadł na laurach i w kolejnej walce obronił tytuł, po pasjonującej walce z Danem Hendersonem.

Trochę niespodziewanie, Jackson stracił pas na rzecz Forresta Griffina. Następna walka miała mu to jednak wynagrodzić z nawiązką. Miał stanąć na czele odwiecznego rywala, Wanderlei’a Silvy. Ciążyła na nim ogromna presja – stracił pas, musiał więc udowodnić raz jeszcze swoją wartość, wejść na szlak prowadzący do ponownego sięgnięcia po tytuł. A ponadto Silva. Dwukrotnie go ośmieszył. Zawsze przejawiał wrogie wobec niego uczucia. Zawsze był pomiędzy nimi tzw. bad blood. Do trzech razy sztuka – czy znów się sprawdzi? Sprawdziło się. Po przeszło trzech minutach pełnej napięcia walki na deskach leżał Brazylijczyk, a Quinton mógł znów wznieść ręce w górę. To zwycięstwo musiało smakować mu najlepiej. Obecnie – po wygraniu jeszcze walki z Jardine’m – Amerykanin jest na dobrej drodze, by pas odzyskać. Jak więc widać, jemu przenosiny do Stanów Zjednoczonych zdecydowanie się przysłużyły.

Nie wszyscy zdecydowali się pójść do UFC. Część odsunęła się od sportu, część była zbyt słaba, by w UFC ich zechcieli, część natomiast z własnej woli postanowiła trzymać się od White’a oraz braci Fertitta możliwie daleko, mimo że ci, być może, chętnie zobaczyliby ich u siebie. Weźmy np. Josha Barnetta. Przez niemal półtora roku po rozpadzie PRIDE w ogóle nie walczył, by później dać dwie walki w Sengoku oraz dwie w Affliction – konkurencji UFC. We wszelkich rankingach pozostaje wciąż w ścisłej czołówce, najczęściej na drugim miejscu, jedynie za Fiodorem Emelianenką. A jednak, jak sam mówi, UFC nigdy nie było nim zainteresowane, nigdy nie dostał od nich żadnej oferty. Poza tym, częsty powód, iskrzy na linii Barnett-White, a to skutecznie uniemożliwia wstęp do amerykańskiej klatki. Nie wygląda jednak na to, by Barnett był tym szczególnie zmartwiony – ostatnie cztery walki stoczył z klasowymi przeciwnikami. Nawet jeśli nie jest to ścisła światowa czołówka, to nie może się skarżyć na brak wyzwań. Tym bardziej, że wciąż istnieje możliwość walki m.in. z Arlovsky’m, Sylvią, Overeemem czy Emelianenko, którzy również nie są związani z UFC.

Siergiej Charitonow

Zdecydowanie bardziej rozpad PRIDE uderzył w perspektywicznego Rosjanina, Siergieja Charitonowa. Trafił wprawdzie do znakomitego miejsca dla fighterów, jakim jest holenderski team Golden Glory, gdzie ma sposobność trenować z takimi fachowcami, jak Cor Hemmers, Stefan Leko, Overeem czy Jan Olav Einemo, lecz na ringu dawno nie odniósł spektakularnego sukcesu. Ostatnio w żałosny sposób przegrał z Jeffem Monsonem, nie zadawszy przeciwnikowi żadnych obrażeń. Jest możliwe, że Charitonow, który obecnie walczy dla organizacji DREAM, trafi do Affliction, gdzie konkurencja jest bardzo silna. Wykluczone jest natomiast raczej jego ewentualne przejście do UFC. Jak bowiem mówi sam zainteresowany: „UFC lubi mieć na ciebie wyłączność a w moim przypadku jest to niemożliwe!”.

Najgorzej potoczyła się kariera

Najgorzej potoczyła się bodaj kariera Antonio Rogerio Nogueiry. Od niespodziewanej porażki z nieznanym wówczas Rameau Thierry’m Sokoudjou walczył czterokrotnie i czterokrotnie wygrywał, były to jednak walki z przeciwnikami słabymi, z którymi zwycięstwo niczego nie dowodzi, porażka natomiast byłaby wstydem dla takiego zawodnika, jakim jest Rogerio. Być może w ramach rozbudowy Affliction, dla której ostatnio walczył Brazylijczyk, powstaną możliwości przyzwoitej konkurencji i wyzwań. Obecne wszak stadium jego kariery określić można jednym słowem: marazm.

Thierry Sokoudjou

Niejako przy okazji wspomniałem o Thierrym Sokoudjou. Ten wybuchowy zawodnik, który przed galą PRIDE 33: Second Coming nie był znany szerszej publiczności, również jest dobrym przykładem fightera z poprzedniej grupy (w naszej umownej klasyfikacji). Po równie efektownych, co niespodziewanych zwycięstwach nad Rogerio oraz Aroną, przeszedł do UFC, gdzie jednak mocno rozczarował i skąd się go ostatecznie pozbyto. Nie umieściłem go jednak przy omawianiu tamtych zawodników, ponieważ trudno powiedzieć, by Sokoudjou był „uznaną marką”, która w UFC upadła. Była to raczej kometa, która przeleciał przez podwórko byłego Brazilian Top Team, a potem zniknęła. Chwilowy błysk pośród okalającej go pustki.

Fiodor Emelianenko

Osobny rozdział stanowi największy z byłych zawodników wagi ciężkiej PRIDE. Mowa, oczywiście, o Fiodorze Emelianenko – Rosjaninie, który nigdy de facto nie przegrał walki, a walczył bodaj ze wszystkimi najlepszymi fighterami, z jakimi mógł w swym czasie się spotkać (za wyjątkiem Josha Barnetta). Lista jego ofiar jest długa, wymieńmy tylko tych ważniejszych: Ricardo Arona, Renato Sobral, Semmy Schilt, Heath Herring, Antonio Rodrigo Nogueira, Kazuyuki Fujita, Gary Goodridge, Mark Coleman, Kevin Randleman, Mirko Filipovic, Mark Hunt, Matt Lindland, Tim Sylvia, Andrei Arlovsky. Robi wrażenie! A robi jeszcze większe, gdy uświadomimy sobie, że niespełna 77% jego zwycięstw zakończyło się przed czasem. Od czasu zdobycia pasa wagi cieżkiej PRIDE w pierwszej walce z Antonio Rodrigo Nogueirą – a było to w roku 2003, a więc sześć lat temu! – pozostaje niekwestionowanym numerem jeden na wszelkich listach rankingowych. Dopóki Emelianenko nie walczy w UFC, dopóty nie mogą być traktowane inaczej niż z uśmiechem politowania deklaracje Dany White’a, że w UFC walczą najlepsi. Nie walczą, ponieważ nie walczy tam najlepszy z największych. Ile wart jest Rosjanin, jeśli kogoś nie przekonały powyższe wyliczenia, niech powie fakt, że gdy Emelianenko święcił triumfry w PRIDE, najlepszymi zawodnikami wagi ciężkiej w UFC byli Tim Sylvia i Andrei Arlovsky, a pokonanie ich – już na łonie Affliction – zajęło Rosjaninowi niecałe cztery minuty. Łącznie! Nie, jeśli idzie o wagę ciężką, w UFC nie walczą najlepsi. Ci walczą poza UFC.

Tylko głupiec, na miejscu Dany White’a, nie robiłby wszystkiego, aby ściągnąć Fiodora do siebie. Tylko głupiec nie oferowałby mu złotych gór i nie zgodziłby się – choćby tymczasowo – na wszelkie ustępstwa. A jednak, Emelianenki w UFC nie ma. Dlaczego? To wyjaśnił już Charitonow. Przypomnijmy raz jeszcze jego słowa: „UFC lubi mieć na ciebie wyłączność”. Jak widać, Rosjanie cenią wysoko wolność, bowiem z tej właśnie przyczyny – przynajmniej według oficjalnych informacji – Emelianenko u White’a nie będzie walczył. Nieco obszerniej tłumaczy to menedżer Rosjanina: „Problem z UFC polega na tym, że jest to bardzo zamknięta organizacja. (…) Fiodor nie może i nie chce podpisywać kontraktu na wyłączność. On chce walczyć z mistrzami z różnych organizacji”. Nie jest trudno zrozumieć ten punkt widzenia. Fiodor jest czynnym zawodnikiem sambo i na pewno nie chciałby rezygnować z tego sportu. Ponadto poza UFC, jak już powiedzieliśmy, również jest przynajmniej kilku przeciwników, z którymi warto jest stoczyć walkę. A UFC by to uniemożliwiło. W tej sytuacji opór Emelianenki i Finkelsteina nie dziwi. Nie dziwi zresztą również stanowisko White’a. Uczynienie wyjątku dla jednego zawodnika pociągnęłoby zapewne za sobą konsekwencje w postaci podobnych roszczeń innych zawodników. Straciwszy zaś wyłączność na zawodników – rzekomo najlepszych na świecie – UFC wzmacniałoby konkurencję, pod której szyldem występowaliby jej fighterzy. Jak zatem widać, szanse występu Emelianenki w UFC są znikome.

Sukces?

Pozostaje jeszcze jedna kwestia do rozstrzygnięcia. Jak to się stało, że największe gwiazdy PRIDE – za wyjątkiem Quintona Jacksona (przy okazji wyjaśnię, że nie uwzględniłem jako podobnego przypadku Andersona Silvy, ponieważ de facto nigdy nie był to zawodnik PRIDE, była to dla niego tylko jedna z kilku organizacji) – nie osiągnęły sukcesu po rozpadzie tej organizacji? Zwłaszcza, dlaczego nie osiągnęły go w UFC. O ile bowiem można łatwo tłumaczyć, że poza UFC w ciągu ostatnich trzech lat nie były w ogóle możliwe spektakularne, powszechnie uznawane sukcesy jako takie, o tyle w UFC możliwość taka istniała. Czemu nie wykorzystali jej Mirko Filipovic, Antonio Rodrigo Nogueira czy Wanderlei Silva? Czy dlatego, że fighterzy UFC okazali się mocniejsi, niż uważano, mocniejsi od gwiazd PRIDE? Czemu więc udało się Quinton Jacksonowi?

Odpowiedź: bo fighterzy UFC okazali się lepsi jest błędna. Świadczy o tym nie tylko casus Quintona Jacksona, który w PRIDE nigdy nie zdołał wzbić się na szczyt, a w UFC mu się udało, chociaż to także. Takich przykładów jest jednak więcej. Josh Barnett, który również w PRIDE zawsze był o krok od tytułów, zdołał pokonać Randy’ego Couture’a i zdobyć pas UFC. Chuck Liddell – mistrz UFC – występował gościnnie w PRIDE. Efekty? O mały włos nie przegrał z Guy’em Mezgerem, dostał za to srogie lanie od Quintona Jacksona. Jak widać, trochę tych przykładów jest. A jednak, nie to przecież było powodem, dla którego ludzie uznawali wyższość PRIDE nad UFC. Tak samo, nikt nie uważał UFC za lepsze od PRIDE z tej przyczyny, że Wanderlei Silva, który wiele lat królował w Japonii, nie potrafił mieć choćby dodatniego bilansu w UFC. Taka argumentacja jest bezwartościowa.

Prawidłowa odpowiedź jest błaha. Brzmi ona: zadecydował o tym splot bardzo wielu okoliczności, który summa summarum może pretendować do miana… przypadku! Oczywiście, wyjaśnienie „zadecydował o tym przypadek” może wielu nie zadowolić. Nie zadowoli na pewno tych, którzy spodziewaliby się szczegółowej analizy tego, co się zdarzyło. Zgoda. Tyle tylko, że taka analiza zajęłaby nieprawdopodobnie dużo miejsca a i tak opierałaby się ostatecznie w dużej mierze na spekulacjach. Konkretne zestawienie fighterów i stylów, które reprezentują, lepszy lub gorszy dzień, okolicznościowe zdarzenia, pojedyncze wybory w trakcie walk, itd. – to wszystko można rozbierać na czynniki pierwsze, a odpowiedź wciąż będzie umykać. Co byłoby, gdyby Filipovic zablokował kopnięcie Gonzagi? Co byłoby, gdyby w trakcie wymiany ciosów padł nie Eastman, lecz Jackson? Gdzie byłby dziś? Co byłoby, gdyby Herring wykorzystał knockdown Nogueiry? Co byłoby, gdyby Vadim Finkelstein miał inne spojrzenie na interesy i posłałby Fiodora do UFC? Co byłoby, gdyby Mauricio Rua nigdy nie nabawił się kontuzji łokcia, albo co byłoby gdyby przypadkowo przegrał z Colemanem?

Tak niewiele trzeba, aby wątpliwe wnioski, których dostarczyłaby taka skrupulatna, lecz spekulatywna analiza warte byłyby wyrzucenia do kosza na śmieci. Proponuję zatem dwie odpowiedzi lub raczej dwie ich alternatywne nazwy, do wyboru. Pierwszą jest splot ogromnej ilości mniejszych i większych okoliczności.

Drugą jest przypadek. Ja różnicy nie widzę, może ktoś dostrzeże.

Autor: Michał Kiełbik (Kilbian)
Powyższy artykuł pochodzi z darmowego magazynu Ring

www.sportywalki.pl/magazyn_ring.html

Skomentuj