Home > Sporty walki

Złoty chłopiec

Złoty chłopiecW zeszłym numerze magazynu RING umieściliśmy wywiad z Alistairem Overeemem [str. 11-13], w którym zawodnik zdradził co nieco informacji o swoich sportowych korzeniach, a także o planach i nadziejach związanych z najbliższą przyszłością. Od tego czasu minęły trzy miesiące i owe nadzieje możemy dziś skonfrontować z rzeczywistością. Pomyśleliśmy też, że przy okazji warto rozwinąć zdawkowy wstęp towarzyszący wywiadowi i dokładniej przybliżyć jego sylwetkę oraz dokonania, a także wspomnieć o nowych wyzwaniach, jakie czekać będą zawodnika w roku 2011.

Alistair Cees Overeem urodził się 17 maja 1980 roku w Hounslow pod Londynem, jako drugie dziecko Jamajczyka i Holenderki. Sześć lat później rodzice jego rozwiedli się i młody Alistair wyjechał wraz z bratem Valentijnem do ojczyzny matki. Holandia stała się jego domem. Od dziecka uprawiał sporty, aż w wieku piętnastu lat, jak wspominał o tym w wywiadzie, trafił za sprawą brata do sekcji Chrisa Dolmana i tam wtajemniczono go w arkana sportów walki. Z początku niezbyt chętny, połknął w końcu bakcyla, po części za sprawą wspólnych treningów z Basem Ruttenem i Joopem Kasteelem.

Pierwsza walka

Pierwszą kickbokserską walkę – wygraną – stoczył już dwa lata później. Na kolejną, tym razem widniejącą już w oficjalnych rankingach, musiał czekać drugie tyle. Z niej również wyszedł zwycięsko, pokonując Paula Hordijka w wyniku decyzji sędziowskiej. Pół roku później zaś wziął udział w swej pierwszej walce na zasadach MMA i chyba z tym zapragnął wiązać swoją przyszłość, gdyż nim drugi raz skrzyżował z kimś bokserskie rękawice, miał już na koncie osiem walk „mieszanych”, z czego pięć wygranych i trzy przegrane.

Aż do roku 2007 jego kariera kickbokserska praktycznie stała w miejscu, ustępując całkowicie przygodzie z MMA. Ta zaś toczyła się ze zmiennym powodzeniem. Od porażki w połowie roku 2000 z Bobby’m Hoffmanem Holender pozostawał niepokonany przez niemal trzy kolejne lata, staczając w tym czasie dwanaście walk. Tak dobra passa nie mogła umknąć uwadze szefów największej podówczas organizacji na świecie – PRIDE FC. Overeem trafił do niej w roku 2003 i po odesłaniu z kwitkiem dwóch przeciwników zasłużył na udział w turnieju mistrzowskim wagi półciężkiej (do 93kg). Jego przeciwnikiem w ćwierćfinale okazał się być Amerykanin Chuck Liddell, gwiazdor UFC, który miał nadzieję na efektowny powrót do gry po niedawnej dotkliwej porażce z Randy’m Couturem. Z początku walka przebiegała raczej pod dyktando rosłego Holendra, ale Liddell wytrwał i ostatecznie znokautował przeciwnika.

Smak porażki

Porażka ta, jak się zdaje, nieco ostudziła entuzjazm włodarzy PRIDE wobec swojego nowego nabytku, toteż ten kolejne trzy walki stoczył z przeciwnikami niższej rangi. Uznanie wróciło, gdy wszyscy trzej zmuszeni byli uznać wyższość Overeema przed czasem. 20 lutego 2005r. trafił się więc kolejny markowy oponent, Brazylijczyk Antonio Rogerio Nogueira. Overeem ponownie oblał egzamin i nie wszedł do ścisłej czołówki kategorii półciężkiej. Szansa na rehabilitację przyszła szybko, gdyż w kwietniu tegoż roku rozpoczął się kolejny turniej. Tym razem Overeem pokazał się już z lepszej strony i wyeliminował kolejno Vitora Belforta oraz Igora Vovchanchyna. Zatrzymany został dopiero w półfinale przez zdolnego Mauricio „Shougna” Ruę, przyszłego triumfatora.

Czas przemyśleń

Nadszedł czas przemyśleń, czemu sprzyjała kilkumiesięczna przerwa po porażce z Ruą. Overeem w tym czasie nie próżnował, wygrywając europejskie kwalifikacje do ADCC – najbardziej renomowanego turnieju w Submission Wrestlingu na świecie – i dowodząc tym samym wielkiej wszechstronności. Podjął też decyzję o spróbowaniu swych sił w kategorii ciężkiej. Wydawało się to być dobrym ruchem, gdyż przy jego wzroście (195cm) i budowie ciała trudno mu było utrzymać wagę poniżej 93 kilogramów. Przeciwnik trafił się od razu trudny. Rosjanin Siergiej Kharitonov miał w owym czasie na koncie trzynaście zwycięstw i jedną porażkę zanotowaną w wyniku decyzji sędziowskiej, po walce z byłym mistrzem PRIDE Antonio Rodrigo Nogueirą. Był wielką nadzieją rosyjskiego MMA, sądzono nawet, że będzie następcą Fiodora Emelianenko. Tymczasem walka z Overeemem potoczyła się zupełnie nie po jego myśli. We wczesnej fazie walki doznał kontuzji nadwerężonego już w poprzedniej walce barku i nie był w stanie stawić czoła kanonadzie Holendra. Dla tego ostatniego było to ważne zwycięstwo, które dobrze rokowało na przyszłość, utwierdzało w przekonaniu o słuszności zmiany kategorii wagowej i wreszcie – zapewniło mu miejsce w turnieju wszechwag PRIDE.

Rozczarowanie

Rozczarowanie musiało być ogromne, gdy turniej ten Overeem zmuszony był opuścić już po pierwszej walce, przegranej z Fabricio Werdumem – pozostaje to do dziś jego jedyna porażka po „odklepaniu” wykonanej na nim techniki parterowej. Musiało to również wzbudzić w nim wątpliwości, w wyniku których Holender postanowił jednak wrócić do dawnej wagi. Niejako „po drodze” odbył drugą walkę z Vitorem Belfortem w umownej kategorii wagowej usytuowanej pomiędzy wagą ciężką i półciężką. Podobnie jak za pierwszym razem, zwyciężył. Była to jednak cisza przed burzą. Kolejne piętnaście miesięcy okazało się być jak dotąd najgorszymi w karierze Overeema. Wróciwszy do niższej wagi odnotował trzy kolejne porażki, kolejno w rewanżu z Antonio Rogerio Nogueirą, Ricardo Aroną i ponownie z Mauricio Ruą. To przelało czarę goryczy i Overeem zdecydował się definitywnie opuścić wagę półciężką.

Niejednoznaczne efekty

Efekty były zrazu niejednoznaczne. W czerwcu 2007 roku nadeszła wprawdzie wreszcie wygrana, nad rodakiem Michaelem Knappem, ale trzy miesiące później Holender poniósł porażkę w kolejnym rewanżu, tym razem z Kharitonovem. Potem było już jednak tylko lepiej. Mało tego, od czasu owej porażki z Rosjaninem, Overeem po dziś dzień nie zanotował ani jednej porażki na ringach MMA. Jednocześnie powrócił na ring kickbokserski, a ściślej mówiąc na scenę K-1. Tu nie dawano mu większych szans na zdobycie jakichkolwiek liczących się trofeów, ale już pod koniec roku 2008 Holender udowodnił, że nie należy go lekceważyć nokautując wschodzącą gwiazdę ringu, Badra Hari’ego. Zaczęto się z nim liczyć. Następny w kolejce był kilkukrotny mistrz K-1 Grand Prix, Remy Bonjasky – starcie skończyło się decyzją sędziów, ci zaś orzekli zwycięstwo mistrza. Nie zraziło to Overeema, który wziął udział w kwalifikacjach do Grand Prix w roku 2009 i niespodziewanie pokonał legendarnego Petera Aertsa zapewniając sobie udział w turnieju głównym. Co więcej, ćwierćfinał też okazał się zwycięski – tym razem poległ Everton Teixeira. Dopiero w półfinale musiał uznać wyższość Hari’ego.

Dobra passa

Tymczasem na polu MMA rozpoczęła się kolejna dobra passa, tym razem obfitująca w tytuły. W starciu o wakujący tytuł wagi ciężkiej organizacji Strikeforce Overeem uporał się z Paulem Buentello, trzy lata później tytuł ten skutecznie broniąc przed zapędami pretendenta, Bretta Rogersa.

Jednocześnie kilkukrotnie walczył w ramach organizacji DREAM odnosząc same zwycięstwa – wyjątkiem była jedynie walka z Mirko Filipovicem, którą uznano za niebyłą, ale w której również zdecydowanie dominował. Uwieńczeniem tych sukcesów było zdobycie pasa mistrzowskiego japońskiej organizacji 31 grudnia 2010 roku po błyskawicznym znokautowaniu Todda Duffee.

Zaledwie dwadzieścia dni wcześniej Overeem dokonał rzeczy bezprecedensowej w nowoczesnych sportach walk: został pierwszym zawodnikiem, który został mistrzem liczącej się organizacji MMA oraz wygrał K-1 Grand Prix. To ostatnie trofeum zdobył 11 grudnia po uporaniu się kolejno z trzema przeciwnikami jednego wieczoru: Tyrone’m Spongiem, Gokhanem Saki i Peterem Aertsem.

Dalsze wyzwania?

Wobec powyższego, jakie wyzwania mogą jeszcze Overeema czekać? Jest ich, wbrew pozorom niemało. Przede wszystkim jest nim zbliżający się turniej wagi ciężkiej Strikeforce, w którego rundzie pierwszej – a zarazem ćwierćfinale – Holender spotka się raz jeszcze z Werdumem. Będzie on faworytem tego, starcia i jednocześnie całego turnieju, obok Fiodora Emelianenko. Ale, jak wiadomo, w sporcie bywa różnie, a statystyki przemawiają na korzyść Brazylijczyka, gdyż Overeem ma jakąś dziwną słabość do zawodników tej nacji. Ścierał się dotąd z pięcioma z nich, w sumie ośmiokrotnie; wygrał jedynie dwie z tych konfrontacji, obie z tym samym zawodnikiem – Vitorem Belfortem. Ponadto, wyjąwszy właśnie Belforta, nie miał też szczęścia do rewanżów: przegrywał swoje drugie starcia i z Ruą, i z Nogueirą, i z Kharitonovem, przy czym z dwoma pierwszymi nie powiodło mu się i za pierwszym razem. Co ciekawe, z ostatnim może się jeszcze spotkać, gdyż ten również weźmie w turnieju Strikeforce udział – do takiego pojedynku może dojść dopiero w finale. Zanim to jednak nastąpi, Overeem musi pokonać nie tylko Werduma – dodajmy jeszcze, że ten w swej ostatniej walce pokonał samego Emelianenkę! – ale i półfinalistę, którym prawdopodobnie będzie tenże Emelianenko.

Podsumowując, turniej ten będzie największym wyzwaniem w karierze Holendra. Brał już bowiem wcześniej udział w tego typu zawodach, ale nigdy jako faworyt. Tym razem oczekiwania są bardzo duże i taka też presja będzie na nim ciążyła. Niezależnie od rezultatu turnieju pozostają jeszcze dwa obszary, na których potrójny mistrz ma coś do udowodnienia. Pierwszym jest K-1 – kibice są bardzo ciekawi, jak sobie poradzi jako triumfator Grand Prix i od tego czasu czołowy zawodnik tej organizacji. Wielu jest zdania, że nie zasłużył na takie laury, jego zadaniem będzie więc tych głosów krytyki uciszenie. Drugim jest UFC. Amerykańska organizacja jest obecnie największą i najważniejszą w świecie MMA. Jeśli Overeem nadal będzie wygrywał, godnych siebie przeciwników znajdzie tylko tam. A na jankeskiej ziemi wielu zawodników z sukcesami w Japonii już straciło zęby, wymieńmy chociażby Antonio Rodrigo Nogueirę, Mirko Filipovica czy Wanderleia Silvę (co ciekawe, da się zauważyć, choć na mniejszą skalę, prawidłowość odwrotną, czego przykładem byli między innymi Liddell czy Arlovsky).

Czy Overeem sprosta wielkim oczekiwaniom, które wzbudził swoimi ostatnimi występami, to czas wkrótce pokaże. Rok 2010 był dla niego niezwykle szczęśliwy. Aby kolejny był równie udany, musiałby wygrać turniej Strikeforce, najlepiej eliminując po drodze Emelianenkę, a na dokładkę może jeszcze powtórzyć sukces w K-1 Grand Prix lub przynajmniej zajść w tym turnieju bardzo daleko. Te cele będą bardzo trudne do osiągnięcia, ale Holender wydaje się ostatnio być niemal niepokonany.

Być może najbliższa przyszłość stan rzeczy zrewiduje, ale dziś można chyba śmiało powiedzieć: Alistair Overeem jest obecnie największym mistrzem sportów walk w wadze ciężkiej na świecie.

Autor: Michał Kiełbik (Kilbian)
Powyższy artykuł pochodzi z darmowego magazynu Ring
www.sportywalki.pl/magazyn_ring.html

Skomentuj