Rzeczpospolita zwierzątW polskim społeczeństwie wytapianie psiego tłuszczu jest niemoralne, ale świńskiego – już nie. Katarzyna Biernacka, prezeska Stowarzyszenia Empatia, opowiada magazynowi „Organic” o globalnej schizofrenii moralnej oraz tłumaczy dlaczego wegetarianizm wspiera eksploatację zwierząt. Magdalena E. Sala: Odnoszę wrażenie, że Empatia działa dość radykalne, jak na polskie warunki. Dosadność języka, nie przebieranie w argumentach oraz bezkompromisowość mogą wzbudzać w osobie jedzącej mięso poczucie winy, a nawet odrazę. Czy to jest dobry sposób, aby zachęcić ludzi do weganizmu oraz zainteresować ich prawami zwierząt?

Katarzyna Biernacka, prezeska Stowarzyszenia Empatia: Trudno mi zgodzić się z taką diagnozą naszej działalności, bo raczej staramy się nie operować tak drastycznymi środkami wyrazu, choć owszem, można to dostrzec na przykład w naszym plakacie antyfutrzarskim „Oto reszta pani futra”. Nasz radykalizm przejawia się raczej w braku obaw przed dyskusją, którą prowadzimy nie tylko w gronie obywateli, którzy postrzegają prawa zwierząt najczęściej najczęściej poprzez psa i kota, ale również wśród nas, aktywistów, oraz innych organizacji prozwierzęcych. To po to między innymi założyliśmy nasze forum internetowe, aby również osoby, które mają odmienne zdanie, a wyrażające się w kulturalny sposób, mogły się wypowiedzieć. Od zawsze staraliśmy się używać racjonalnych, starannie dobranych argumentów, od dwóch lat w sposób bezpośredni propagujemy wyłącznie weganizm. Mówimy co konkretnie stoi za eksploatacją zwierząt, przemysłem futrzarskim, mleczarskim czy rybnym.

Ale przecież sam weganizm jest w Polsce postrzegany jako radykalna postawa wobec praw zwierząt. Jeśli już jest mowa o poszanowaniu praw zwierząt, to najczęściej zalecany jest wegetarianizm. A wy idziecie o krok dalej. Nie uznajecie półśrodków?

Radykalne jest to, co się dzieje ze zwierzętami, jeśli chodzi o ich eksploatację. Moim zdaniem weganizm nie jest radykalną odpowiedzią, a właściwą. Z pewnością jest czymś nowym i może wzbudzać różne reakcje, ale jeśli nie zacznie się o nim mówić, zawsze będzie czymś egzotycznym. Nie jest ważne to, jak czyste jest moje sumienie, ale jak moja postawa przekłada się na stan faktyczny. Jeśli mówimy o wegetarianizmie, to w potocznym rozumieniu mamy na myśli głównie dietę roślinno-nabiałowo-jajeczną, która niestety korzysta wciąż z eksploatacji zwierząt, ich cierpienia i masowego zabijania. Tam, gdzie jest hodowla zwierząt i ptaków dla mleka i jajek, są i produkty uboczne w postaci masowo i systematycznie zabijanych kogutków czy cieląt płci męskiej, zaś krowy „mleczne” i kury „nioski”, kiedy ich wydajność stanie się zbyt niska, są sprzedawane do rzeźni. Jest jeszcze hodowla typu „eko”, która się różni tylko poziomem intensywności tego procesu. W hodowli „eko” zwierzęta może i będą dłużej żyły w nieco lepszych warunkach, ale i tak w ostatecznym rozrachunki będą zarzynane.

I tutaj wchodzimy w temat ekologicznych wędlin. Czy istnienie takiego produktu ma moralne uzasadnienie?

Nawet jeśli zwierzę żyje w lepszych warunkach, jest tylko narzędziem do zaspokajania ludzkiego celu. Dla porównania podam pani teoretyczny przykład psa na łańcuchu. Załóżmy, że ma długi łańcuch, ocieploną budę, miskę z jedzeniem i wodą, ale służy swoim gospodarzom jako żywy alarm, czyli jest żywym narzędziem żyjącym w przyzwoitych warunkach, tak jak krowa w hodowli „eko”. Jeśli pies stanie się mniej czujny, zestarzeje się i przestanie pełnić swoją funkcję, zostaje zabity i zastąpiony młodszym zwierzęciem. Jeśli ktoś jest w stanie zaakceptować taki rozwój sytuacji w przypadku psa, to rozumiem, że akceptuje również hodowlę ”eko”. A że tak nie jest, bo większość nie zgodziłaby się na takie traktowanie psa, to nie rozumiem, dlaczego ktoś ma stosować inną miarę wobec innych zwierząt.

W jednym z pani wykładów porusza pani temat schizofrenii moralnej, czyli dzielenia przez człowieka zwierząt na te do kochania i te do zabijania. Jakie są jej źródła? Z jednej strony człowiek akceptuje tłuszcz świński, a z drugiej odrzuca psi smalec.

Schizofrenia moralna jest pojęciem stworzonym przez Gary`ego Francione, amerykańskiego teoretyka praw zwierząt. Jej źródeł można szukać przede wszystkim w udomowianiu zwierząt oraz pośrednio w antropocentrycznych religiach monoteistycznych, w których jest mowa o przyzwoleniu i prawie człowieka do wykorzystywania zwierząt. Pewne zwierzęta zaczęły pełnić funkcję towarzyszy człowieka i to one są obecnie w najlepszej pozycji, w przeciwieństwie do tych, które się zabija i zjada. Jeśli ktoś chce w ten sposób funkcjonować, to musi się emocjonalnie odciąć od eksploatowanych zwierząt. W mieście jest to łatwiejsze, bo nie musimy oglądać rzeźni, aby kupować równo pokrojone plasterki wędliny, ser czy estetycznie zapakowane jajka.

Mam wrażenie, że części ludzi ten temat w ogóle nie interesuje, ale są również i tacy, którzy widząc kotlet na talerzu, są świadomi istnienia hodowli czy rzeźni. Jednak dla większości z nich koszt głębszego spojrzenia na kawałek mięsa będący kiedyś częścią czyjegoś ciała jest zbyt duży i kłopotliwy, aby można było zmienić sposób odżywiania czy odmówić zjedzenia kotleta u rodziny. Wiele osób zdaje sobie sprawę, że może żyć bez jedzenia mięsa, nie umrą, nie rozchorują się, ale nie chcą w ten temat głębiej wnikać. Natomiast jeśli chodzi o jedzenie nabiału czy jajek, to rzecz rozbija się bardzo często o niewiedzę, jak powszechne przeświadczenie o tym, że krowa zawsze daje mleko, tak jak chmura daje deszcz. A jest to przecież ssak z laktacją, która pojawiła się w wyniku ciąży i porodu.

Podstawowym problemem zwierząt jest ich obecny status jako własność człowieka. W takiej sytuacji najbardziej trywialne zachcianki człowieka są dla niego priorytetem, tak jak cyrk z udziałem zwierząt czy futro. Takie rzeczy są dozwolone w ramach ustawy o ochronie zwierząt, w której znajdziemy rozdziały dzielące zwierzęta według funkcji przydzielanych im przez człowieka. Mamy tam zwierzęta domo-we, zwierzęta dziko żyjące, gospodarskie, czy przeznaczone do celów rozrywkowych.

Czyli sama ustawa o ochronie zwierząt krzywdzi zwierzęta, przypisują im odgórnie role, jakie mają pełnić wobec ludzi.

To nie jest ustawa o ochronie zwierząt, bo pies może być zwierzęciem domowym, ale również laboratoryjnym i wtedy nie ma takich samych praw, jak domowy. Podobnie jak królik, który może być domowy, ale też hodowany na mięso, i wtedy jest zwierzęciem gospodarskim, a może być również laboratoryjny. Są zwierzęta zawsze klasyfikowane jako gospodarskie, np. świnie czy krowy. W każdym razie to człowiek zawsze ustala do jakich celów chce wykorzystać dane zwierzę.

Ustawa precyzuje jedynie jakie regulacje dotyczą danego zwierzęcia w zależności od pełnionej przez niego roli.

Czy polskie społeczeństwo jest w ogóle gotowe na dyskusję na temat weganizmu? Czy nie jest to raczej walka z wiatrakami?

Wegetarianizm również nie był wcześniej szerzej znany, szczególnie że po okresie komunizmu szynka była synonimem dobrobytu, dobrego życia, produktem świątecznym. Mówienie o wegetarianizmie było więc przełomem. Obecnie coraz więcej mówi się na świecie o prawach zwierząt i weganizmie – trzeba więc próbować. Warto podkreślić, że nie stawiamy człowieka przed koniecznością dokonania z dnia na dzień wyboru: weganizm albo nic. Podchodzimy do każdego człowieka z szacunkiem, nie wkładamy mu go gardła nowych idei, nie przetrzepujemy mu lodówki. Chcemy, aby tylko wysłuchał naszych konkretnych argumentów i się nad nimi zastanowił.

Jeśli ktoś uzna nasze argumenty, może stopniowo wprowadzać weganizm do swojego życia.

Pierwszym krokiem jest najczęściej odrzucenie mięsa. Mięso, czyli zwłoki, ma tak bezpośredni związek z eksploatacją czy zabijaniem, że jego odrzucenie nie wymaga głębszego zastanowienia. Podejmowanie kolejnych kroków w kierunku weganizmu może mieć inny przebieg niż w przypadku wegetarianizmu. Kiedyś wcześniej na pierwszym planie w naszych działaniach umieszczaliśmy mięso, ale zauważyliśmy, że pozostałe kwestie schodziły na dalszy plan. Wiele osób przechodzi na wegetarianizm ze względów etycznych, natomiast staje się całkowicie odpornych na argumenty związane z innymi produktami pochodzenia zwierzęcego, na zasadzie: „Dajcie mi już święty spokój, przecież już zrobiłem swoje, jeśli chodzi o ukłon w stronę zwierząt.”. Chcemy podejść do tego tematu całościowo, co nie oznacza konieczności przyjęcia wszystkich argumentów na raz.

Na weganizm można przecież przechodzić stopniowo zwiększając ilość roślinnych produktów i dań w diecie, a nie przejść w ciągu jednego dnia.

Czy Empatia angażuje się w działania, które wymagają współpracy z rządem?

Znakomita większość działań na poziomie ustaw jest związana nie ze znaczącą zmianą, ale niewielką regulacją eksploatacji zwierząt, dlatego zwykle nie bierzemy w tym udziału. Przykładem takiej regulacji jest sprawa klatek dla kur niosek. Od 2012 roku klatki o powierzchni 550 cm2 zwiększą się do 750 cm2. Czyli po wprowadzeniu zmiany, na jedną kurę, zamiast powierzchni nieco mniejszej niż kartka formatu A4, przypadać będzie nieco więcej niż powierzchnia takiej kartki. I to jest efekt działań, które zajęły ponad 25 lat. Jeśli w takich działaniach biorą udział organizacje prozwierzęce, to dokleja się do tego cały szafarz słownictwa, takie jak „ochrona” czy „humanitaryzm” i ogłasza się to zwycięstwem, podczas gdy tak nie jest. Proszę sobie wyobrazić, że wstawia pani kota do takiej klatki, którego wielkość jest porównywalna do wielkości kury, na rok, bez wypuszczania na zewnątrz. Co to w ogóle jest? To jest tortura.

Inny typ regulacji jest związany z pojęciem „eko”, gdzie w niektórych przypadkach tryb życia zwierząt staje się znośny, ale nie zawsze. W stosownym rozporządzeniu jest napisane, że co prawda nioski mają mieć dostęp do wybiegu, ale w praktyce z kurnika, w którym znajduje się 1000 kur, do wybiegu, którego wymiarów dokładnie nie określono, mogą prowadzić otwory o sumarycznej szerokości zaledwie 2 metrów! Parę kur dopcha się więc do wybiegu, a co z resztą? Tymczasem w sklepie kupujemy jajka z wolnego wybiegu, z ładnym opakowaniem z kurkami na trawce. Hodowca zrobi minimum, a marketing zrobi swoje. Podobna sytuacja wygląda z jajkami, które są nazwane „od szczęśliwych kur”. A przecież te szczęśliwe kury, o ile są rzeczywiście szczęśliwe, kiedy stają się mało „nieśne”, lądują w rzeźni. Nikt, kto ma kota czy psa, nie oddały go do rzeźni, jeśli byłby chory, i poddałby go takiej „obróbce”, jakiej poddawane są tam inne zwierzęta. Znowu mamy problem podwójnej miary.

Jestem w stanie zrozumieć, że inne organizacje prozwierzęce walczą o takie regulacje, ale niech nazwą te rzeczy po imieniu. To jest po prostu regulacja eksploatacji.

Gdyby mogła sobie pani wyobrazić świat, o który stara się Empatia, jaki on miałby kształt?

Byłby to świat, w którym o hodowli zwierząt mówi się w takim kontekście, jak dzisiaj o niewolnictwie ludzi.

Źródło: „Organic” 3/2010
www.organicmagazine.pl

Skomentuj