Przejęcie Strikeforce przez UFCRealia MMA w początkowych latach roku dwutysięcznego przedstawiały się następująco: istniały 2 dominujące organizacje – amerykańskie UFC i japoński PRIDE. Obie organizacje konkurowały ze sobą o prymat na arenie mieszanych sportów walki. Fakt kraju z jakiego pochodziły organizacje był głównym czynnikiem różniącym te organizacje diametralnie. Tak samo jak różnią się Stany Zjednoczone od Japonii, tak UFC różniło się od PRIDE.

Jednak współzawodnictwo i rywalizacja pomiędzy tymi organizacjami dobiegła końca w 2007 roku, kiedy to PRIDE został przejęty przez swojego największego konkurenta UFC. Taki obrót spraw całkowicie wywrócił świat MMA do góry nogami czyniąc amerykańską ziemię Mekką MMA, jednocześnie pozostawiając japońską scenę MMA w rozsypce. Mimo, że włodarze UFC zapewniali o tym, iż gale spod znaku PRIDE ciągle będą organizowane, to rzeczywistość okazała się brutalna. Organizacja PRIDE przeszła do historii, a UFC przejęło aktywa i kontrakty z zawodnikami.

Od tego czasu minęło już 4 lata. Szok szybko minął, a w miejsce PRIDE zaczęli pojawiać się nowi konkurenci. Po ustabilizowaniu się rynku organizacja Strikeforce wychodziła na czoło stawki chcącej konkurować z UFC. Z gali na galę Strikeforce zyskiwał sobie przychylność fanów, która momentalnie odbijała się na słupkach popularności. To w ich szeregach znajdowała się największa gwiazda PRIDE – Fedor Emelianenko, który nie był w stanie dojść do porozumienia z UFC. Strikeforce stał się przyczółkiem nie tylko dla znanego Rosjanina. Tak samo inni zawodnicy PRIDE, którzy nie zasilili szerokiej ławy UFC odnaleźli swoje miejsce w Strikeforce. Wymieńmy tutaj np. Ronaldo „Jacare” Souza, Gegarda Mousasiego, Alistaira Overeema czy Sergeia Kharitonova.

Tak samo drzwi do Strikeforce stały otworem dla zawodników, z którymi UFC nie przedłużało kontraktów, bądź z przyczyn finansowych nie znaleziono consensusu – mowa tutaj m.in. o Danie Hendersonie, Fabricio Werdumie czy Renato Sobralu. Te i inne działania sprawiały, że organizacja Strikeforce zaczęła być coraz groźniejszym rywalem dla największego potentata, jakim jest UFC. Działo się tak do dnia, który znowu zatrząsł światowym MMA…

Dzień, w którym…

12-ego marca 2011 roku Świat obiegła sensacyjna wiadomość. Wówczas prezydent UFC – Dana White oznajmił znanemu dziennikarzowi sportowemu zajmującemu się tematyką MMA, Arielowi Helvaniemu, że UFC kupiło Strikeforce. Wiadomość ta wydawała się równie nieprawdopodobna, jak ta sprzed 4 lat, gdy UFC kupowało PRIDE. Zaskoczeni tym faktem byli nie tylko fani. Również i dziennikarze zajmujący się tematykom MMA nie kryli zdziwienia z zaistniałych faktów. Ba, nawet sam Dana White sprawiał wrażenie, jakby trochę nie dowierzał w to, co nastąpiło.

Trudno było przewidzieć taką kolej rzeczy patrząc na to, jak organizacja Strikeforce rozwijała się w ostatnim czasie. Co więcej, nie dochodziły do opinii publicznej żadne niepokojące głosy, jakoby organizacja miała problemy finansowe (tak jak to było w przypadku Affliction). Zatem, co było przyczyną nagłej sprzedaży Strikeforce?

W tej kwestii wypowiedział się Scott Coker (założyciel Strikeforce), czyli najbardziej kompetentna osoba. Zapytany o przyczynę sprzedaży podczas wywiadu, który przeprowadzał z nim Bas Rutten, Coker odpowiedział: „Strikeforce było firmą, która działała w partnerstwie z Silicon Valley Sports & Entertainment. SVSE ma w swoim posiadaniu drużynę hokejową (San Jose Sharks) i to właśnie na drużynie hokejowej postanowili skupić swoje działania biznesowe.” Jak wyjaśnił Coker, SVSE było partnerem finansowym, który zdecydował się opuścić Strikeforce, co pociągnęło za sobą skutek w postaci poszukiwania nowego partnera finansowego – a tym okazała się być firma Zuffa LLC, czyli właściciel UFC.

Plusy

Niewątpliwie połączenie dwóch największych graczy na rynku MMA będzie miało wpływ na potencjalne pojedynki między zawodnikami i ewentualną fluktuację zawodników pomiędzy tymi organizacjami. Co prawda, zarówno Dana White, jak i Scott Coker na razie twierdzą, że wszystko póki co pozostanie „po staremu”. Jednak, idea mieszania pojedynków pomiędzy zawodnikami UFC, a Strikeforce wydaje się być bardzo prawdopodobna. Pytanie tylko, jak szybko to nastąpi? Z pewnością wielu fanów chciałoby zobaczyć starcia gigantów (np. walkę Caina Velasqueza z Alistairem Overeemem czy Georgesa St-Pierre’a w starciu z Nickiem Diazem). Gdyby do takich walk mogło dojść w przyszłości, to mogłyby na stałe wpisać się w historię MMA. Tak więc, w tym względzie obie organizacje mogą zyskać.

To, co pozytywnego może wnieść UFC do Strikeforce, to tzw. „know-how”. Ultimate Fighting Championship to potężna machina, która na swoim karku ma już ponad 130 gal (w tym zwykłe gale UFC, gale Fight Night czy finały TUF) i która w swoich szeregach ma nie tylko dużą liczbę zawodników, ale także i doświadczonych pracowników zajmujących się przygotowaniem i organizacją gal. Wszak UFC, to firma zatrudniająca blisko 200 pracowników, których głównym zadaniem jest odpowiednia organizacja i promocja gal. Sam Scott Coker przyznał, że był pod wielkim wrażeniem działu marketingu UFC, gdzie tylko w tym dziale pracuje zespół liczący 25 osób. Dla porównania, dla organizacji Scotta Cokera pracował tylko 1 marketingowiec, na głowie którego spoczywała cała promocja i reklama.

Dla UFC natomiast największym zyskiem jest fakt, że były rywal stał się teraz sojusznikiem. Strikeforce przestanie teraz deptać po piętach UFC. Teraz w parze będą tworzyć jeden tandem. Da to z pewnością organizacji rodem z Las Vegas odrobinę oddechu, gdyż pozostali gracze, tacy jak: Bellator, MFC czy DREAM pozostają w tyle. Na tym etapie rozwoju, te organizacje są zbyt małe, by móc zagrozić UFC. Tak na prawdę, jedynym realnym zagrożeniem był Strikeforce. Ale ten problem, jak widać rozwiązał się sam.

Minusy

Jednak kupno Strikeforce przez UFC, to nie tylko euforia na temat możliwości organizowania wspólnych walk pomiędzy zawodnikami obu tych organizacji. To także niepokoje. Niepokoje związane z nagłym zagarnięciem dużej części rynku, jaką dysponowała organizacja Strikeforce. Przed kupnem Strikeforce UFC było zdecydowanym liderem na tym rynku. Jednak po zakupie staje się ono absolutnym i niekwestionowanym liderem…a właściwie monopolistą. I tutaj właśnie skupiają się obawy fanów, części dziennikarzy czy samych zawodników. Strikeforce niejednokrotnie był alternatywą dla wielu zawodników, gdy nie mogli znaleźć wspólnego języka z UFC. Był on alternatywą zarówno dla zawodników walczących w UFC i niemogących osiągnąć consensusu, przedłużenia kontraktu czy też dla młodych obiecujących zawodników, którzy nie zaskarbili sobie przychylnego oka władz UFC. Stąd obawy zawodników, że o same kontrakty będzie trudniej. Ci, którzy mają obecnie podpisane kontrakty z UFC czy Strikeforce pytani przez dziennikarzy na temat zakupu, w większości starają się udzielać dyplomatycznych odpowiedzi, tak by sobie samemu nie zaszkodzić. Jednak są też tacy fighterzy, jak np. Randy Couture, Josh Barnett czy Paul Daley, którzy nie bali się wyrazić w mediach swojego negatywnego stosunku, co do połączenia.

Druga kwestia, jaka rodzi obawy, to fakt braku realnej konkurencji. Obawy z tym związane dotyczą zarówno jakości widowisk serwowanych przez UFC – czy brak konkurencji i zarazem bodźca motywującego nie odbije się na jakości oraz czy fakt tak dużej dominacji jednej organizacji nie wpłynie negatywnie na rozwój MMA? Są to obawy słuszne, gdyż nie da się wykluczyć takich faktów. Jednak nie można też z góry założyć, że tak akurat musi być.

Niepokoje również zrodziły się w kwestii kobiecego MMA. W tym temacie UFC i Strikeforce różniły się zasadniczo. Strikeforce to propagator kobiecego MMA, podczas gdy UFC to tylko i wyłącznie walki mężczyzn. Taki stan rzeczy może zaniepokoić fanów kobiecego MMA. Czy władze UFC będą chciały dalej rozwijać kobiece MMA? Wszak to one mają teraz większość władzy i nawet jeśli Strikeforce będzie działał, jako odrębna marka, to UFC będzie miało finalny głos o tym, jak będzie wyglądał Strikeforce – tak więc zarazem o tym, czy kontynuować rozwój MMA czy też nie.

Jak to właściwie będzie?

Sprzedanie Strikeforce zostało poniekąd wymuszone przez objęcie takiej, a nie innej polityki przez firmę Silicon Valley Sports & Entertainment. Gdyby nie zmiana polityki przez SVSE, to Strikeforce nadal byłby głównym konkurentem UFC. Zaistniałe okoliczności zmusiły do nagłego poszukiwania partnera biznesowego. W wyniku tego pośpiechu widoczny jest brak pewnej wizji na to, jak dalej powinna wyglądać egzystencja obu organizacji w jednym obozie. Z jednej strony, opinia publiczna zapewniana jest o tym, że Strikeforce i UFC pozostaną osobnymi organizacjami i na pewno Strikeforce nie zniknie, tak jak to było w przypadku PRIDE. Z drugiej jednak strony, na szereg pytań dotyczących przyszłości obu organizacji Dana White odpowiada: „jeszcze tego nie wiem”, „musimy to przemyśleć”, „zobaczymy jak to będzie”. Trudno więc nie mieć wrażenia, że szefowi UFC cała sytuacja „spadła, jak manna z nieba” – teraz tylko trzeba się zastanowić, co z tą „manną” zrobić. Na pewno Strikeforce musi pozostać na rynku przez pewien czas. Organizacja ta ma swoje zobowiązania (choćby np. kontrakt ze stacją Showtime). Jednak jej los nie jest do końca znany. Fani z pewnością nie mogą traktować UFC, jako miłosiernego filantropa. SVSE dało władzom UFC pokaźny prezent, z którego nie omieszkali skorzystać Jak wykorzystają ten prezent? Na pewno tak, by przyniosło to więcej pieniędzy dla Zuffa LLC. Więc jeżeli pozostawienie Strikeforce na rynku lub też wchłonięcie do UFC okaże się najbardziej dochodowe, to tak też uczynią.

Podsumowując, przejęcie Strikeforce przez UFC, to bardzo ważne wydarzenie w światku MMA. Wydarzenie to może ukształtować rozwój tego sportu na dobrych kilka lat. Jednak brak konkretnych wizji, jak zagospodarować prezent od Silicon Valley Sports & Entertainment utrudnia przewidywanie, co do ewentualnego toru, jakim losy tych 2 organizacji mogą się potoczyć. W mojej subiektywnej ocenie wpływ zakupu Strikeforce przez UFC nie będzie miał skutków tylko pozytywnych lub tylko negatywnych. Raczej skłaniałbym się do scenariusza zysków i strat, gdzie część rzeczy fani utracą, by móc część rzeczy zyskać.

Natomiast to, czy więcej będzie pozytywów czy też negatywów, to w dużej mierze zależy od Dana White’a oraz braci Fertitta i przyszłych decyzji, jakie będą musieli podjąć. Nie spodziewałbym się zaprzestania rozwoju kobiecego MMA z prostej przyczyny.

Strikeforce osiągnęło w tej materii bardzo duży sukces, a Gina Carano jest świetnym produktem marketingowym, którego władze UFC na pewno nie chciałyby porzucać. Co więcej, kobiece MMA dzięki galom Strikeforce zaczęło powoli przebijać się do mainstreamu. Zawodniczki takie jak wcześniej już wspomniana Gina Carano, Cristiane Santos czy Marloes Coenen znane są szerszej grupie fanów. Natomiast obawy związane z kontraktami i szansami zawodników brałbym akurat dość poważnie, gdyż w związku z zaistniałą sytuacją ich pole manewru może znacznie się zawęzić.

Podczas rywalizujących między sobą UFC i Strikeforce istniało zapewne większe pole manewru. Jednak przy tylu niewiadomych, jakie mamy na tę chwilę trudno jest wyrokować co do tego, jaki kształt przybierze światowa scena MMA po wykupieniu Strikeforce przez UFC. Pozostaje nam mieć nadzieję, że przyniesie to więcej korzyści, niż strat dla całego MMA przyczyniając się do rozwoju i popularyzacji tego sportu. A jak to będzie miało się w praktyce będziemy mieli okazję się przekonać już w najbliższych miesiącach.

Autor: Maciej Gunia (G_U_M_A)
Powyższy artykuł pochodzi z darmowego magazynu Ring
www.sportywalki.pl/magazyn_ring.html

Skomentuj