Home > Sporty walki

Ostatni cesarz

Urodził się w roku 1976 na terenie dzisiejszej Ukrainy, we wsi Rubiżne. Był drugim dzieckiem, lecz pierwszym synem Olgi Fiodorowny, nauczycielki i Władimira Aleksandrowicza, spawacza. Dwa lata później, wraz z rodziną, przeprowadził się do rosyjskiej miejscowości Stary Oskol, odległej od miejsca urodzenia o około dwieście kilometrów. Od tej pory to liczące przeszło dwieście tysięcy mieszkańców miasto stanowiło jego bazę.

Już w młodym wieku zetknął się ze sportem. Pod okiem Wasilija Iwanowicza Gawriłowa, a następnie Władimira Woronowa doskonalił swoje umiejętności w judo i sambo uzyskując czarny pas w tej pierwszej dyscyplinie i stopień mistrzowski w drugiej w wieku lat 21. Nie tylko z tego powodu rok 1997 był dla niego w pewnym sensie przełomowy. Wtedy to bowiem zakończył dwuletnią służbę wojskową w jednostce pożarniczej, w czasie której nie mógł normalnie trenować, a przede wszystkim zdobył swoje pierwsze prestiżowe tytuły – mistrza Rosji w judo oraz mistrza Europy w sambo bojowym.

Przez kolejne trzy lata zgromadził wiele medali na najważniejszych imprezach sportowych w wyżej wymienionych dyscyplinach. Rok 2000 przyniósł zmiany i otworzył dekadę wielkich sukcesów w mieszanych sztukach walk. Dekadę, w czasie której wykuł się legendarny status przypuszczalnie największego zawodnika MMA w dotychczasowej historii tego sportu – Fiodora Emelianenko.


Fedor Emelianenko we własnej osobie

W tymże roku 2000 Emelianenko zintensyfikował ćwiczenia nad techniką uderzania, trenował pod okiem trenera Michkova. Duże znaczenie miało też wstąpienie do Russian Top Team – wiodącej w kraju kuźni zawodników MMA. Pierwszą oficjalną walkę w nowej dyscyplinie Emelianenko stoczył 21 maja 2000 roku w ramach organizacji RINGS. Przeciwnikiem był Martin Lazarov. Starcie to Rosjanin zakończył przed czasem, podobnie jak kolejne dwie walki. Kłopoty pojawiły się przy czwartym przeciwniku. Wówczas to pojawiła się w karierze Emelianenki rysa, która choć pozostawała później daleko w tle, co jakiś czas dawała o sobie znać. Mowa o walce z Ricardo Aroną, młodym talentem z Brazylii. Po dwóch rundach sędziowie uznali walkę za remisową. Była to decyzja kontrowersyjna, gdyż Arona był stroną aktywniejszą i dlatego też wiele osób sądzi, że jeśli Rosjanin istotnie przegrał jakąś walkę do roku 2010 to właśnie z Brazylijczykiem. Oficjalnie jednak rzecz ma się inaczej – Emelianenko zyskał uznanie sędziów w rundzie dodatkowej i został jednogłośnie ogłoszony zwycięzcą, natomiast ową jedyną porażkę zanotował jeszcze tego samego dnia, tyle że z Japończykiem Tsuyoshi Kohsaką. Tu kontrowersje były jeszcze większe, gdyż walkę przerwano w wyniku rozcięcia łuku brwiowego u Rosjanina za sprawą… nielegalnego ciosu łokciem. W normalnej sytuacji walkę powinno uznać się za nieodbytą lub za zwycięzcę uznać Emelianenkę w wyniku dyskwalifikacji przeciwnika. Tak się jednak nie stało, a decyzję tłumaczono niemożnością dalszego partycypowania zawodnika w turnieju, w ramach którego organizowana była walka z Kohsaką. W ten oto pokrętny sposób Rosjanin zanotował swoją pierwszą porażkę na ringu MMA.

Musiało go to wyjątkowo rozzłościć, gdyż przez kolejne dziewięć i pół roku podobna rzecz nie miała już miejsca. W RINGS walczył jeszcze sześć razy odnosząc same zwycięstwa, między innymi nad Renato Sobralem, który przystępując do walki z Rosjaninem legitymował się rekordem 19-2. W roku 2002 Emelianenko przeszedł do PRIDE, najlepszej podówczas organizacji MMA na świecie. Już w pierwszej walce na nowym terenie stoczył bój z gigantycznym Holendrem Semmy Schiltem, późniejszym wielokrotnym mistrzem K-1 Grand Prix i wyszedł z niego zwycięsko, całkowicie neutralizując mocne strony przeciwnika. Niespełna pół roku później jego kolejną ofiarą został nieobliczalny Heath Herring. To zwycięstwo uczyniło z niego głównego pretendenta do pasa wagi ciężkiej PRIDE. Ten dzierżył znakomity Antonio Rodrigo Nogueira, z którym Emelianenko spotkał się wczesną wiosną roku 2003. Nogueira był faworytem, zdziwienie publiczności było zatem ogromne, gdy został on całkowicie zdominowany przez przeciwnika. Sposób, w jaki Emelianenko kontrolował tę walkę i rozbijał obronę Brazylijczyka był godny podziwu. Waga ciężka PRIDE miała nowego mistrza, a wraz z nim zyskała nową jakość. Od tej pory Rosjanin był na ustach wszystkich. Od tej pory to jemu się wszyscy przyglądali i na jego walki czekali. Teraz to na niego polowali wszyscy pretendenci do tytułu.

Niewiele brakowało, by królowanie zakończyło się po trzech miesiącach. W walce z teoretycznie niżej notowanym, choć niezwykle twardym Kazuyuki Fujitą Emelianenko znalazł się w nie lada opałach, gdy nieco przypadkowo został trafiony mocnym ciosem w głowę. Japończyk nie potrafił jednak dokończyć tego, co zaczął. Mistrz chybotał się, po omacku szukał punktu oparcia. Przetrwał jednak trudne chwile i wygrał walkę.


Fedor Emelianenko chwiejący się na nogach po potężnym ciosie Kazuyuki Fujity

Kolejne trzy walki nie sprawiły już takich problemów. Jego wyższość musieli uznać kolejno Gary Goodridge, Yuji Nagata i były mistrz UFC i PRIDE Grand Prix Mark Coleman. Nie byli to słabi przeciwnicy, a jednak pokonanie ich zajęło mniej niż pięć minut. Łącznie. Następne dwa starcia również trwały równie krótko, ale przy pierwszym z nich warto na chwilę się zatrzymać.

20 czerwca 2004 roku Emelianenko walczył z wybuchowym i potwornie mocnym Kevinem Randlemanem, który bardzo chciał pomścić Colemana, kolegę z teamu. Zaraz po gongu Randleman ruszył z impetem na przeciwnika i po chwili oplótł przeciwnika rękami, uniósł go i wykonał niezwykle efektowny suples. W takiej sytuacji spodziewać by się należało utraty przytomności przez Rosjanina, ten jednak wydawał się niewzruszony całą sytuacją i czym prędzej wykorzystał przewagę techniczną w parterze zmuszając Amerykanina do odklepania. To zdarzenie mocno przyczyniło się do ugruntowania przekonania o Emelianence, jako zawodniku na ten czas nie do pokonania. Rok zakończył zdecydowanym zwycięstwem w rewanżu z Nogueirą, co tylko potwierdziło powyższą opinię.


Suples zapaśniczy w wykonaniu Kevina Randlemana

W 2005 Emelianenko walczył tylko trzy razy – najmniej w dotychczasowej karierze. Nie był to jednak wyjątek, lecz zmiana w sposobie zarządzania swoją karierą. Była ona możliwa z racji tego, że Rosjanin po walce z Goodridge’m odszedł z Russian Top Team i tym samym mógł w większym stopniu decydować o sobie. Sportowo natomiast osiągnął swój cel: pokonał wielu znakomitych zawodników, zwyciężył dotychczasowego mistrza, a następnie pokonał go raz jeszcze przypieczętowując swój status najlepszego zawodnika wagi ciężkiej na świecie. Po tym jak w kwietniu zrewanżował się Tsuyoshi Kosace za swoją jedyną formalną porażkę w karierze, a w sierpniu pokonał drugiego najgroźniejszego, obok Nogueiry, oponenta – Mirko Filipovica – można było powiedzieć, że Emelianenko spełnił się w MMA. Chyba właśnie moment zwycięstwa nad Chorwatem był szczytowym punktem jego kariery. Nigdy później nie walczył już z tak wysoko notowanym przeciwnikiem. Odnosił wprawdzie zwycięstwa, w umierającej japońskiej PRIDE wyszedł na ring jeszcze trzykrotnie i trzykrotnie schodził z niego jako zwycięzca, ale prestiż tych walk był już nie ten, co dawniej.

Tym bardziej rozczarować mógł rok 2007, w którym Rosjanin w sumie na ringu spędził niecałe pięć minut. Jeśli niesmak pozostawiła walka z Mattem Lindlandem, zawodnikiem klasowym, lecz występującym dwie kategorie wagowe niżej, to cóż fani mieli powiedzieć o walce z koreańskim „freakiem” Hong Man Choi’em? Kolejny rok nie przyniósł wielkich zmian. Emelianenko walczył zaledwie raz i choć rywal – Tim Sylvia – był utytułowany, to 36 sekund akcji raczej nikogo nie usatysfakcjonowało. Sylvia był mistrzem konkurencyjnej organizacji UFC w owym szczytowym dla Rosjanina roku 2005, a jego największym rywalem był wówczas Andrei Arlovsky. Ten ostatni padł ofiarą Emelianenki w styczniu 2009 roku. A następnie padł ofiarą potężnego Amerykanin Bretta Rogersa, który tym samym znalazł się na celowniku mistrza. Walka odbyła się w listopadzie i był to pierwszy od ponad trzech lat przypadek, gdy Emelianenko zmuszony był wyjść do drugiej rundy w walce.


Koniec walki Brett Rogers vs Fedor Emelianenko

Przez kilka ostatnich lat trwał wśród fanów MMA spór o to, czy Emelianenko słusznie wciąż, rok za rokiem, widnieje jako numer jeden we wszelkich rankingach wagi ciężkiej. Więcej był głosów na „tak”, choć przeciwnicy stawiali w tym miejscu kilka zarzutów. Większość z nich sprowadzała się jednak do jednego – klasa przeciwników Rosjanina jest od lat za niska. Jest w tym dużo racji. Od sierpnia 2005 roku, gdy przeciwnikiem był Filipovic – wówczas drugi lub trzeci zawodnik w tej kategorii wagowej – żaden z jego rywali nie mieścił się w czołowej piątce jakiegokolwiek liczącego się rankingu, a mało który kwalifikował się do dziesiątki. Zuluzinho i Hong Man Choi to nie byli poważni przeciwnicy. Coleman swoje najlepsze lata miał już dawno za sobą, podobnie Sylvia i Arlovsky. A także Matt Lindland, który poza tym sukcesy odnosił dwie kategorie wagowe niżej. Mark Hunt z kolei był świetnym uderzaczem, ale w MMA nigdy nic wielkiego nie zawojował, choć i tak dużo więcej niż Rogers, który nigdy dotąd nie pokonał żadnego czołowego zawodnika. Czy wobec powyższego słusznie Emelianenko nieustannie był numerem jeden? Śmiem twierdzić, że mimo wszystko – tak.


F. Emelianenko wraz z małżonką Mariną i 2 letnią córeczką Vasilisą

Pomijając kwestię unikalnego stylu, sportowej bazy i rzadko spotykanej wszechstronności – bo to, owszem, czyni z Rosjanina zawodnika wyjątkowego, ale jeszcze nie najlepszego – trzeba raz jeszcze wrócić do wyników. Tak, to prawda, że od 2005 roku nie walczył z nikim z aktualnej czołówki świata. Ale prawdą jest również, że nikt z czołówki nie walczył z nim, a nie ma bardziej przejrzystego sposobu na zostanie numerem jeden niż pokonanie dotychczasowego numeru jeden. To, że nie przeszedł, śladem Filipovica i Nogueiry do UFC i w związku z tym nie spotykał się z najlepszymi jest argumentem obosiecznym. Podobnie jak obosiecznym byłby argument, że wspomniani Filipovic i Nogueira, ścisła czołówka z PRIDE, doznawali dotkliwych porażek na gruncie amerykańskim. Równie dobrze można by argumentować, że Sylvia i Arlovsky byli tam mistrzami, a Emelianenko pokonał ich bez trudu. Nie, nie tędy droga. Prawdziwym powodem, dla którego numer jeden nie zmieniał się był taki, że przez te wszystkie lata nie pojawił się ani jeden zdecydowany kontrkandydat na tę pozycję. Emelianenko dominował w PRIDE i dominował w swoich kolejnych walkach. Pokonał wszystkich, którzy stanęli naprzeciwko niego. Był prawdziwym cesarzem ringu i jak na razie ostatnim. Więcej nawet, jedynym. Takiego statusu, jak wypracował sobie Rosjanin w latach 2000-2005 nie miał w wadze ciężkiej nikt, ani przedtem, ani potem. Aby ktoś, nie walcząc z nim, mógł odebrać mu miejsce, musiałby na dłuższy czas zawładnąć całą kategorią wagową w UFC. Nikt tego nie dokonał – ani Couture, ani Mir, ani Nogueira, ani Lesnar.

A jednak, Fiodor Emelianenko nie jest już numerem jeden w światowych rankingach. Nie, nie objawił się nagle nikt równie wielki. Zwyczajnie, można by powiedzieć, jeden z czołowych zawodników dopiął swego i pokonał mistrza. Szczęśliwcem okazał się Fabricio Werdum, który po zaledwie minucie i dziewięciu sekundach zmusił rywala do poddania się. Dla całego świata MMA był to szok. Werdum to oczywiście nie byle kto, ale mało kto dawał mu szanse. Ten jednak znakomicie wykorzystał swój największy atut, jakim były nieprzeciętne umiejętności w parterze. „Przykro mi, że stało się to w taki sposób, ale uważam, że ta przegrana była konieczna” powiedział po walce Emelianenko zdając sobie sprawę, że nic nie trwa wiecznie, a jego najlepsze lata minęły. Najwidoczniej o ile dla fanów taki obrót spraw był wielkim zaskoczeniem, to dla niego samego nie. Trudno zresztą się temu dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę, że nie była to pierwsza czara goryczy, którą musiał wypić – dwa lata wcześniej 23-letni Bułgar Blagoi Iwanow pokonał go na mistrzostwach świata w sambo kończąc jego również wieloletnią dominację w tym sporcie. Czy jednak dla kogoś była to niespodzianka, czy nie, powiedzieć należy jedno – wraz z tą porażką zakończyła się ostatecznie pewna era. Era byłych mistrzów PRIDE. Wraz z upadkiem jej największego mistrza, runął jej ostatni bastion.


Oznajmienie werdyktu i triumf Fabricio Werduma

Co dalej? Jaka przyszłość czeka Fiodora Emelianenkę? Czy porażka wyzwoli w nim ambicję powrotu na szczyt? A może raczej zniechęci? Do wypełnienia kontraktu została mu jedna walka, czy będzie to walka pożegnalna? Najbliższe miesiące z pewnością udzielą nam odpowiedzi na te pytania. Ze swojej strony uważam, że rewanż z Werdumem i ewentualna wygrana byłyby doskonałą chwilą, by przejść na sportową emeryturę – wszystkie sprawy byłyby zamknięte, nie pozostałby żaden przeciwnik, którego nie udało się pokonać. Ktoś mógłby powiedzieć, że są przecież inni, obecna czołówka wagi ciężkiej. Tak, ale inni są zawsze.

Załóżmy, że Fiodor powodowany sportową ambicją postanawia zamknąć usta wszystkim malkontentom. Zmuszony byłby wówczas pokonać Werduma, a następnie stawić czoło będącemu na fali Alistairowi Overeemowi. Reszta konkurencji znajduje się w UFC, chętnych na pewno by nie zabrakło. Za oceanem czeka Brock Lesnar, obecny mistrz oktagonu. Jest też Frank Mir, który na pewno chciałby wykorzystać swe umiejętności w parterze i powtórzyć wyczyn Werduma. Są młodsi, pnący się w górę, Velasquez i Dos Santos. Są i weterani, Antonio Rodrigo Nogueira oraz Randy Couture. To oznacza przynajmniej sześć, siedem walk. Czyli na dwa, trzy lata ciągłych wyzwań. A przecież wciąż pojawiają się nowi zawodnicy. To nigdy nie ma końca.

Wiedzieć, kiedy odejść i przekazać pałeczkę również świadczy o klasie mistrza. A, co by o nim nie mówić, Rosjanin klasę ma. Jakiekolwiek by nie były kolejny jego kroki, jakakolwiek decyzja, wypada życzyć mu jednego – niechaj będzie ona właściwa.

Autor: Michał Kiełbik (Kilbian)
Powyższy artykuł pochodzi z darmowego magazynu Ring

www.sportywalki.pl/magazyn_ring.html

Skomentuj