Home > Inne artykuły

Nobel na piękne oczy

Nobel na piękne oczy9 października 2009 bieżącego roku Barack Obama, czterdziesty czwarty prezydent Stanów Zjednoczonych, otrzymał pokojową nagrodę Nobla. Tym samym znalazł się w dość doborowym towarzystwie jej laureatów. Przypomnijmy kilka z tych postaci.

W roku 2008 nagroda przypadła Marttiemu Ahtisaariemu. Ahtisaari, który w latach 1994-2000 był prezydentem Finlandii, na to osiągnięcie musiał pracować przeszło trzydzieści lat. W 1973r. został komisarzem ONZ do spraw Namibii i od tej pory nie ustawał w próbach znormalizowania sytuacji w tym kraju. Miał na tym polu sukcesy, przyczynił się bowiem do pierwszych wolnych wyborów w Namibii. Przez wiele lat zajmował się również sprawą Kosowa, był między innymi autorem planu dotyczącego przyszłości Kosowa, który od jego nazwiska nazwany został planem Ahtisaariego.

Zajrzyjmy nieco dalej w przeszłość.

W roku 1984 biskup Desmond Tutu został odznaczony nagrodą pokojową Nobla za długoletnią walkę z apartheidem. Odegrał znaczną rolę w jego obaleniu, przeforsowując wprowadzenie do konstytucji RPA zakaz dyskryminacji, dzięki czemu mógł zostać pierwszym czarnym arcybiskupem południowoafrykańskiego Kościoła anglikańskiego.

Rok wcześniej noblistą został Lech Wałęsa, który stał na czele Solidarności. O znaczeniu tego ruchu – choćby na płaszczyźnie symbolicznej – nie trzeba nikogo przekonywać.

W 1979r. laureatką została Matka Teresa z Kalkuty. Przez większość życia prowadziła intensywną działalność humanitarną.

Wreszcie, sięgnijmy do źródeł – pierwszą nagrodę pokojową Nobla otrzymał w roku 1901 Jean Henri Dunant, założyciel Czerwonego Krzyża i inicjator Konwencj i Genewskiej, wielki filantrop.

Wprawdzie zarówno wobec np. Wałęsy, jak i Matki Teresy podnoszone były różne zarzuty, niemniej nie podlega dyskusji, że w ich przypadku nagroda jest wynikiem określonej długookresowej pracy, realnych efektów. I ten aspekt godny jest podkreślenia, ponieważ nawet jeżeli nagrodzone działania mogą budzić protest wielu środowisk – wątpliwa może być chociażby celowość praktyki Ala Gore’a (nagrodzonego w 2007 roku) – lub też inne fakty z życia nagrodzonego rodzić mogą rozliczne obiekcje, to jedno jest jasne: nagrodę otrzymali za konkretne inicjatywy i czyny.

Nagrody Nobla nie dostaje się na zachętę.

Nie jest ona przeznaczona jako środek motywujący. Nie jest też przyznawana za potencjał, za dobre rokowania. Nie. Nagroda Nobla – w każdej dziedzinie – jest pomyślana jako ukoronowanie, zwrócenie uwagi na jakiś faktyczny sukces; sukces o donośnym dla danej dziedziny znaczeniu – w tym wypadku, dla pokoju na świecie. Tak ją postrzegał Alfred Nobel i taka jest jej idea również dzisiaj.

Właśnie dlatego, że tak jednoznacznie godzi w tę ideę, przyznanie nagrody Barackowi Obamie nie jest jedynie kontrowersyjne – jest po prostu kpiną. Oto bowiem nagrodę otrzymuje człowiek, którego osiągnięcia dla pokoju na świecie są żadne. Człowiek, który stoi na czele kraju prowadzącego aktualne dwie wojny i który de facto jest w tych wojnach najeźdźcą. Człowiek, który zaledwie przez dziesięć miesięcy pełni w ogóle funkcję dającą realne możliwości wpływania na kwestię pokoju na świecie. A w gruncie rzeczy znacznie krócej, ponieważ Obama urzędowanie w Białym Domu rozpoczął 20 stycznia 2009 roku, a ostateczny termin zgłaszania nominacji do nagrody upłynął 31 stycznia tegoż roku.

Można zatem powiedzieć, że Obama dostał nagrodę za to, co osiągnął w ciągu 11 dni. Byłoby to nawet do pomyślenia, sęk jednak w tym, że… nie zrobił nic.

Zdaniem przewodniczącego Komitetu Noblowskiego

Przewodniczący norweskiego Komitetu Noblowskiego Thorbjoern Jagland powiedział, że choć w Białym Domu Obama zasiada dopiero od niedawna, „wszystko, czym zajął się jako prezydent, oraz to, jak przez niego zmienił się klimat międzynarodowy, jest już więcej niż wystarczającym powodem” przyznania mu pokojowego Nobla. Czyżby? A zatem Obama dostał nagrodę Nobla za to, że jest znacznie bardziej przyjazny niż jego poprzednik George Bush. Za to, że jest miły i uśmiechnięty. Że każdemu poda rękę. Że potrafi pięknie rozprawiać górnolotnymi frazesami na temat praw człowieka, itp. Za to, że ma pięknie wystudiowany uśmiech. Za to, że… Nie, skończmy tę absurdalną wyliczankę. Przyjrzyjmy się lepiej uzasadnieniu Komitetu Noblowskiego.

„Obama jako prezydent stworzył nowy klimat w polityce międzynarodowej. Wielostronna dyplomacja odzyskała centralną pozycję, z naciskiem na rolę, jaką mogą odgrywać Narody Zjednoczone i inne instytucje międzynarodowe. Dialog i negocjacje są preferowane jako instrument rozwiązywania nawet najtrudniejszych konfliktów międzynarodowych”

Jak to pięknie brzmi, że Obama preferuje „dialog i negocjacje”. Wysunąć można wszakże dwie obiekcje.

Po pierwsze, można mieć wątpliwości, co do skuteczności takich preferencji. Na czym ugruntowane są te wątpliwości?

Chociażby na kwestii Iranu, który wprawdzie na pewne iluzoryczne ustępstwa wobec Narodów Zjednoczonych – a de facto wobec USA – idzie, lecz zasadniczo niespecjalnie przejmuje się ideą dialogu i uważa, że żaden dialog nie jest niezbędny, gdy chodzi o wewnętrzne sprawy ich suwerennego państwa. W każdym razie na pewno nie dialog międzypaństwowy. I w gruncie rzeczy ma rację, bowiem jedyny znany i oficjalny sposób wtrącania się w wewnętrzne sprawy innego państwa to wypowiedzenie mu wojny i podbicie go. Nieoficjalnym sposobem, który w ostatnim półwieczu robi wielką karierę, są zakamuflowane sposoby ingerencji poprzez różne organizacje chlubiące się szczytnymi ideami, jakie u ich podstaw rzekomo leżą. W przypadku natomiast Korei Północnej, nikt nie próbuje metody dialogu, ponieważ naraziłby się na śmieszność – jest wszakże jasne, że sposób ten jest z góry skazany na niepowodzenie.

Po drugie, owe preferencje prezydenta jakoś nie bardzo przekładają się na czyny. Stany Zjednoczone prowadzą bowiem wojnę z Afganistanem oraz kontynuują w pewnym stopniu okupację w Iraku. Oczywiście, konflikty te nie zostały rozpoczęte przez Obamę i jego ludzi, niemniej Obama dysponuje obecnie możliwością zakończenia ich, a tego nie robi. Jak to się wpisuje w wolę Alfreda Nobla, który chciał, by nagrodę przyznawać za „rozbrojenie, zmniejszenie potencjałów militarnych i w proces zapobiegania konfliktom zbrojnym”? Nijak.

Komitet Noblowski pisze dalej tak:

„Dzięki inicjatywie Obamy USA odgrywają teraz bardziej konstruktywną rolę w stawianiu czoła wielkim wyzwaniom klimatycznym, wobec których stoi świat.”

O jakich inicjatywach mowa?
O jakiej „bardziej konstruktywnej roli”?

Czy o planie , aby przedsiębiorstwa musiały wykupywać prawa do przekraczania wyznaczonych limitów emisji gazów cieplarnianych? Jeśli nawet uznamy, że nie jest to jedynie sprytny sposób wyłudzenia wielkich pieniędzy od owych przedsiębiorstw pod pretekstem realizacji szlachetnej idei, to wciąż są to jedynie plany.

Zupełnie osobną, i chyba nawet ważniejszą, kwestią jest tu coś innego. Jaki związek istnieje pomiędzy stawianiem czoła wyzwaniom klimatycznym i pokojem na świecie? I rzecz druga: czy owe wyzwania klimatyczne faktycznie są takie wielkie? Czy nie jest to po części histeria związana z obecną fazą cyklu klimatycznego Ziemi? Nie rozstrzygając tych dwu kwestii należy zauważyć, że obie stwarzają problemy, niejasności. Można wobec nich wysuwać bardzo poważne wątpliwości. Nagrody Nobla nie powinno się chyba przyznawać za dokonania wątpliwe.

Następny cytat brzmi następująco:

„Demokracja i prawa człowieka mają być umocnione.”

Znów, powstaje szereg zastrzeżeń. Jeśli idzie o demokrację jako ustroju, można mieć wiele racjonalnych zastrzeżeń. Przyjmijmy jednak, że stanowi ona historycznie konstytutywny element cywilizacji zachodniej, której hołduje i której w pewnym sensie emanacją jest Komitet Noblowski.

Jeśli idzie o ideę praw człowieka, to wbrew pozorom, bynajmniej nie stanowi ona takiego historycznie konstytutywnego elementu, jest ponadto bardzo słabo teoretycznie podbudowana. Jest to obecnie kolos na słomianych nogach. Ale i tę kwestię tutaj pominiemy, jest to bowiem temat na zupełnie oddzielne, solidne opracowanie.

Rzuca się w oczy coś innego

Nawet nie będąc sceptykiem w sprawach demokracji i praw człowieka, widać jak na dłoni, że tu o żadnych osiągnięciach mowy nie ma. One dopiero mają nadejść, demokracja i prawa człowieka dopiero mają być umocnione. Jest to niepoważne, ponieważ jak już mówiłem – nagrody Nobla nie powinno się przyznawać za rokowania, za deklaracje, za słowa. Jakkolwiek by one miło dla ucha nie brzmiały.

Czytamy dalej:

„Bardzo rzadko się zdarza, żeby ktoś w takim stopniu jak Obama przykuł uwagę świata i dał ludziom nadzieję na lepszą przyszłość.”

Barack Obama przykuł uwagę, bo wybory w Stanach Zjednoczonych od dawna przykuwają dużą uwagę mediów na całym świecie, ponieważ USA jest kluczowym graczem na arenie międzynarodowej. A że Obama przykuł większą uwagę? Jest ciemnoskóry, to pierwszy powód. Nigdy przecież nie było ciemnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Drugi powód zasadza się na nadziei, jaką udało mu się wpoić w wielu ludzi. Znów jednak mamy do czynienia ze słowami, z obietnicami, z rokowaniami, z potencjałem. Wiele zostało powiedziane, niewiele zrobione.

Ostatni fragment, jaki chcę przytoczyć brzmi tak:

„Jego dyplomacja jest opar ta na koncepcj i (zakładającej), że ci, którzy mają przewodzić światu, muszą to czynić na podstawie wartości i postaw podzielanych przez większość ludności świata.”

Znów, brzmi to dumnie. To jednak tylko pozory. Są to bowiem charakterystyczne dla ideologii lewicowej mrzonki – ujednolicanie na siłę świata oraz upiększanie go, oczywiście na swoją modłę. W konsekwencji otrzymujemy słowa nie przystające do rzeczywistości. Nawet w obrębie zachodniej cywilizacji nie ma zgody – wbrew temu, co usiłują nam narzucić media i różne organizacje roszczące sobie bezpodstawnie miano autorytetów w dziedzinie moralności – co do hierarchii wyznawanych wartości. Tym bardziej nie ma jej na świecie. Chińczycy – półtora miliarda ludzi – mają całkiem inny system wartości. Hindusi – około miliard ludzi – również, mimo działań Gandhiego i jemu podobnych. Afryka – blisko miliard mieszkańców – ma w dużej mierze zgoła inne problemy niż zajmowanie się realizacją górnolotnych ideałów europejskich. W Rosji przedstawiciele wartości, o których mowa, są w opozycji. O jakiej zatem większości mowa? Znane przysłowie mówi: nie mierz wszystkich swoją miarką. Ktoś tu zdaje się o tym zapomniał.

Zakończenie

Podsumowując, wbrew idei nagrody Nobla i jej długoletniej tradycji, w roku 2009 przyznano ją nie za czyny, za realne osiągnięcia, lecz wbrew nim. Przyznano ją za słowa, za obietnice oraz za sprawianie wrażenia bycia fajnym, przyjaznym facetem. Jest to nie tylko deprecjacja samej idei nagrody, lecz również degradacja rangi, jaką Komitet Noblowski nadał w ubiegłych latach wszystkim poprzednim laureatom.

Ponadto jest to policzek wymierzony w tych, którzy tej nagrody nie otrzymali, i to policzek podwójny. Wszak nie tylko zostali oni pominięci, lecz okazuje się, że nie zasłużyli na tę nagrodę bardziej niż człowiek, który dla pokoju na świecie nie uczynił w zasadzie nic. Wstyd i kpina – tak trzeba tę decyzję raz jeszcze jednoznacznie określić. I faktycznie wielu ludzi tak ją ocenia, czego ilustracją są niezliczone głosy wobec niej sprzeciwu. Pozostaje mieć nadzieję, iż w przyszłym roku Komitet Noblowski przemyśli swoją decyzję bardziej. Być może jednak nie powinienem wyrażać tego w tych słowach, ponieważ zgodnie z logiką wyrażoną przez Komitet, następnym razem powinien on przyznać nagrodę samemu sobie – za krzewienie nadziei, że będzie lepiej pod jakimś względem. O gorszy wybór bowiem byłoby trudno.

Autor: Michał Kiełbik (Kilbian)
Powyższy artykuł pochodzi z darmowego magazynu Ring

www.sportywalki.pl/magazyn_ring.html

Skomentuj