Historia legendy z Kraju Kwitnącej WiśniW 2007 r. swoje istnienie zakończyła PRIDE – japońska organizacja promująca walki MMA. Niemal odwieczna konkurencja amerykańskiego UFC. Legenda w środowisku fanów mieszanych stylów walki i wymarzona arena zmagań tysięcy zawodników.

Przez dekadę wiodła prym na świecie dając alternatywę fanom zniesmaczonym galami organizacji amerykańskich, gdzie słabo opłacani zawodnicy otoczeni siatką nie słyszeli własnego oddechu zagłuszani rykiem i gwizdami niezbyt powściągliwych kibiców.

W PRIDE nie było miejsca na wrzask. To tutaj najlepsi z najlepszych mogli pokazać swoją technikę i wolę walki dziesiątkom tysięcy wokół ringu i milionom przed telewizorami. To tutaj nieśmiałymi oznakami podziwu nagradzano prawdziwy kunszt sztuki walki. To tutaj powstawały i upadały gwiazdy. To tutaj powstała legenda.

Nieistniejąca organizacja

PRIDE Fighting Championships – bo tak brzmi pełna nazwa tej, nieistniejącej już organizacji, w trakcie swojej dziesięcioletniej działalności zorganizowała 68 gal (66 w Japonii, 2 w końcowym już okresie swego istnienia, w USA). Specyfiką PRIDE było to, iż zawodnicy mogli walczyć pomiędzy sobą bez względu na różnicę wagi ciała. Podział na kategorie wagowe miał jedynie znaczenie w przypadku walk o mistrzostwo lub turniejów Grand Prix w danej kategorii. Zawody odbywały się w ringu podobnym do ringu bokserskiego, z tym, że przygotowanym również do walk w parterze. Walka regulaminowo trwała trzy rundy, jedna dziesięciominutowa i dwie po pięć minut (wyjątkiem było PRIDE Bushido – specjalne gale organizacji dla lżejszych kategorii wagowych). Rozstrzygnięcie mogło zapaść oczywiście wcześniej, podobnie jak w innych sportach walki dopuszczalne były nokauty, nokauty techniczne, dyskwalifikacje itp.

Mimo, że o MMA mawia się, że są to walki gladiatorów, na śmierć i życie nie jest to oczywiście prawdą. Reguły są ściśle określone i niedopuszczalne jest mnóstwo zachowań jak choćby uderzanie w krocze lub oczy, zakładanie dźwigni na kręgosłup czy gryzienie. Dzięki doskonałej pracy japońskich organizatorów gale PRIDE stawały się prawdziwym widowiskiem, nieraz z oprawą pirotechniczną, laserową, gdzie zawsze w centrum wydarzeń byli zawodnicy, a wszystko co działo się na ringu odbywało się z wielkim rozmachem,a orientalna egzotyczna otoczka i humanitaryzm dodatkowo potęgowały wrażenia fanów.

Setki zawodników

Przez ring PRIDE przewinęły się setki zawodników z całego świata. To właśnie w Japonii powstały legendy takich zawodników jak Wanderlei Silva, Antonio Rodrigo Nogueira, Mirco Filipovic czy Dan Henderson. Nie należy oczywiście zapominać o wielu innych znakomitych zawodnikach, jednak gdyby każdemu wartemu wspomnienia poświęcić choć kilka linijek tekstu trzeba by napisać encyklopedię PRIDE.

Nie można pominąć faktu, iż organizatorzy stawiali na jakość jeśli chodzi o dobór zawodników, większość fighterów to naprawdę specjaliści w swojej dziedzinie. Nie były to twarze nieznane, lecz zawodnicy wielce utytułowani. Nie brakowało mistrzów olimpijskich w sztukach walki, jak choćby Hidehiko Yoshida, czy też nie przymierzając nasz rodak Paweł Nastula, mistrzów świata – Fedor Emelianenko (sambo), Mirko Filipovic (kickboxing). Nie sposób wszystkich wymienić, nie wolno zapomnieć jednego – PRIDE to nie był zbiór przypadkowej łobuzerki, czy też ludzi trenujących tylko pod kątem MMA, nie mając wcześniej zbyt wielu osiągnięć.

Po upadku PRIDE, o którego przyczynach i skutku nie rozpiszemy się za bardzo w artykule, zawodnicy podpisali kontrakty z innymi, wiodącymi organizacjami.

Dla wielu widzów była to dobra wiadomość, nastaje czas weryfikacji, czy rzeczywiście właśnie osoby z PRIDE są najlepszymi wojownikami świata. Występy w innych organizacjach zweryfikowały to, lecz w jaki sposób i z jakim skutkiem? O tym w artykule Michała Kiełbika, który znajduje się na stronie 9.(Żniwa rewolucji)

Autor: BTM
Powyższy artykuł pochodzi z darmowego magazynu Ring

www.sportywalki.pl/magazyn_ring.html

Skomentuj