Kopenhaski szczyt... hipokryzjiW grudniu ubiegłego roku odbył się doroczny szczyt klimatyczny ONZ. Doroczny, ale nie zwyczajny, bowiem miał on zwieńczyć międzynarodowe porozumienia w sprawie „nowego ładu klimatycznego” i zakończyć się podpisaniem dokumentu prawnego, który obowiązywałby po wygaśnięciu porozumień z Kioto, czyli po roku 2012. Szczyt w Kopenhadze miał więc znaczenie niebagatelne, miał być wielkim triumfem nowej „świadomości ekologicznej” obywatela Ziemi. Okazał się jednak farsą…

Stanisław Lem, wielki myśliciel, pisał, że choć „z jednej strony jesteśmy niezwykle rozpędzeni technologicznie (…) z drugiej jesteśmy my, ludzie, całkowicie bezbronni jeśli chodzi o kwestie klimatyczne oraz żywioły takie jak trzęsienia ziemi”. I miał rację. Trudno zresztą, żeby jej nie miał, bo jest to niemal truizm. A jednak wypowiedzenie tych słów okazało się potrzebne, co więcej, okazuje się, że w dzisiejszym świecie wcale nie są one takie oczywiste.

Ludziom często zdawało się, że są pępkiem świata, ars mundi, czynnikiem tego świata centralnym i niemal wszechmocnym. Ci obdarzeni nieco większą pokorą stawiali ponad siebie Boga, który jednak również zajmować się miał głównie sprawami ludzkimi. Kolejne odkrycia naukowe tę ułudę całkiem rozwiały, a jednak tendencja do antropocentryzmu pozostała, musiała jedynie znaleźć sobie nowe ujścia. Wiara w to, że człowiek jest w stanie kontrolować lub wręcz kreować zjawiska klimatyczne, pogodę, jest właśnie takim ujściem.

Różne filozofie

Stąd właśnie wzięły się różne teorie rzekomo dowodzące, iż przyczyną zmian klimatycznych mających miejsce w XX wieku w dużej mierze są ludzie. I tak jak ludzie zdolni byli klimat „popsuć”, tak zdolni są go teraz „naprawić”. Potrzebna jest do tego tylko odpowiednio nakierowana wola, wola ta zaś zrodzić się ma z nabytej „świadomości ekologicznej”. Krótko mówiąc, ludzie zdolni są kierować pogodą i nie wiedząc o tym niechcący wpłynęli na nią negatywnie, teraz więc trzeba tę wiedzę wdrażać, bo to spowoduje, że zechcemy błędy naprawić. Oto właśnie cała ideologia tzw. eko-oszołomów.

Kilka mitów

W tej pseudo-filozofii zawartych jest kilka mitów, zarówno prastarych, jak i nowych. Wśród tych pierwszych znajdziemy naiwną wiarę, rodem z Sokratesa, że cnota to wiedza. Innymi słowy, jeśli mamy wiedzę jak postępować dobrze, to zawsze będziemy tak postępować. Jeśli ktoś postępuje źle to tylko dlatego, że nie wie, jak postępować dobrze. Tu mamy to samo: jeśli wytworzy się w ludziach „świadomość ekologiczna”, czyli wiedza o tym, co robiło się źle, a co robić można dobrze, to spowoduje ona, niejako sama z siebie, że ludzie będą działać „ekologicznie”.

Innym mitem, niejako sprzężonym z tamtym, jest, że ludzie jako ogół są dobrzy, a więc m.in. odpowiedzialni, sumienni, uczciwi. Nabywszy zatem „świadomość ekologiczną” ludzie poczują się odpowiedzialni za świat i zaczną z całą sumiennością o niego dbać, teraz gdy już będę wiedzieli, jak. Jak bowiem mawiał Leszek Kołakowski, każdy człowiek, już przez to, że żyje i tym samym godzi się na istnienie, ponosi cząstkę odpowiedzialności za wszystko, co się dzieje na kuli ziemskiej. Jako stwierdzenie faktu jest to oczywiście nonsens, wszak ludzie zwykle ograniczają się ledwie do własnego nosa, a „losy świata” są dla nich czystą abstrakcją. Jako postulat moralny zaś zawołanie to tchnie horrendalną przesadą, nawet jeśli w wymiarze lokalnym ma sens.

Idea „leży”

Filozoficznie eko-ideologia stoi zatem bardzo słabo, mówiąc wprost – leży. Zwłaszcza, że zburzywszy wiarę w dobre intencje człowieka, aby przeprowadzić eko-reformy należałoby ludzi jakoś inaczej do nich nakłonić. A jeśli nie po dobroci, to… Trudno byłoby to jednak pogodzić z anielską wprost szlachetnością idei zbawiania świata. Historia uczy zresztą, że tego typu próby kończyły się w najlepszym przypadku klęską, w najgorszym terrorem. Skutkiem ubocznym budowania raju na Ziemi jest tworzenie na niej piekła.

Że zaś nie jesteśmy w stanie znacząco wpływać na pogodę widać gołym okiem. Nie jesteśmy w stanie nawet poprawnie jej przewidywać, co zresztą nie dziwi – w przyszłym roku minie 50 lat od czasu, gdy znakomity amerykański fizyk Edward Lorenz przeprowadził swoje pierwsze analizy zjawisk pogodowych, z których jasno wynikało, że mają one charakter chaotyczny.

Mniejsza jednak o to… Nie jesteśmy w stanie zatrzymać kataklizmów pochłaniających setki tysięcy istnień ludzkich i setki miliardów dolarów straty. Gdybyśmy potrafili, cóż byłoby większą motywacją, aby z tych umiejętności skorzystać, jeśli nie życie i pieniądze? Nie jesteśmy w stanie, zgodnie z danymi naukowców, podnieść temperatury na Ziemi nawet o jeden stopień, mimo tego, że tak ją niemiłosiernie trujemy.

Cykliczne zmiany

Temperatura na Ziemi zmienia się cyklicznie od milionów lat, lodowce kurczą się i powiększają. Pół miliona lat temu Polskę pokrywała około dwukilometrowa czapa lodowa. I tenże lądolód, niejako sam z siebie, a w każdym razie bez ingerencji człowieka i jego gazów cieplarnianych, cofnął się o kilka tysięcy kilometrów na północ. Tysiące tego typu faktów daje do myślenia, a wniosek jest jeden – klimat na Ziemi ulegał kolosalnym zmianom na długo zanim pojawił się na niej człowiek i nie widać powodu, by zmiany te miały zaniknąć.

Po co więc cała ta wrzawa?

Bo akurat jesteśmy w fazie ocieplania się klimatu i jak tak dalej pójdzie, to wiele terenów nadmorskich znajdzie się pod wodą? Histeria ta przypomina płacz gromadki dzieci, które w czasie odpływu zbudowały z piasku kilka zamków na plaży i raptem dowiedziały się, że woda wróci i te zamki doszczętnie zniszczy. I nie należałoby się tym płaczem może zanadto przejmować, gdyby nie to, że grupka postanowiła wymusić od wszystkichdzieci na świecie pieniądze na powstrzymanie przypływu. I tu przechodzimy do faktycznego powodu, dla którego szczyt w Kopenhadze okazał się klapą, do pieniędzy. Ideologia napędzała pieniądze.

Dopóki tak było, dopóty panowała zgoda. Gdy okazało się, że pieniędzy może zabraknąć, podniosły się krzyki, zaczęły protesty. Zasadniczy temat, tj. owe ratowanie świata, nowy ekologiczny ład, zszedł na daleki plan. Afryka, owszem, gotowa jest popierać ekologiczne dążenia, ale tylko wówczas, gdy będzie z tego tytułu czerpać korzyści finansowe. Europa Wschodnia nie chce dawać więcej, Europa Zachodnia chce dawać mniej. Każde chętnie objawi gołębie serce i zatroskanie losami planety, ale kasa musi się zgadzać. Nie licząc zatem niewielkiej grupki idealistów (a może należałoby powiedzieć: naiwniaków) dążenia ekologiczne popiera się tam, gdzie może to przynieść zyski, duże zyski.

Przykład – branża motoryzacyjna

Doskonałym przykładem jest np. branża motoryzacyjna, w której panuje obecnie niesłychana nagonka, wspierana formalnymi organami Unii Europejskiej, aby za wszelką cenę ograniczyć emisję dwutlenku węgla. Wytworzyła się gigantyczna presja na firmy produkujące samochody i obecnie najważniejszymi parametrami, jakimi cechować się powinien samochód są: niskie spalanie i niska emisja dwutlenku węgla. W konsekwencji samochody stają się coraz bardziej „zielone”. A wszystko to również jest podszyte farsą, bowiem spaliny samochodowe składają się z ośmiu podstawowych składników, z których sześć jest istotnie szkodliwych, natomiast pośród dwóch pozostałych znajduje się właśnie dwutlenek węgla. Ten sam, który potrzebny jest do życia roślinom, a więc który stanowi podstawę życia ludzi, wszak im więcej roślinek, tym więcej pożywienia i tlenu w atmosferze.

Oczywiście, obniżanie ilości spalin to pozytywny trend. Ale sęk w tym, że jest to efekt uboczny przedsięwzięcia, którego intencje są zupełnie inne. A są one następujące: nowe normy oznaczają konieczność wymiany samochodów, a konieczność wymiany wiąże się z wydaniem pieniędzy. Pieniądze, to o nie chodzi, ekologia stanowi fasadę, zielony, gładko przystrzyżony żywopłot.

Podsumowanie

Podsumowując, wiele pieniędzy zostało wydanych na to, by poważni i zatroskani panowie mogli spotkać się w stolicy Danii i omówić kwestię tego, jak tych pieniędzy zdobyć jeszcze więcej. Szczęśliwie, mogli zaoszczędzić ich trochę, nie potrzebowali bowiem profesjonalistów od PR-u. Ten za friko załatwili im naiwni eko-brodacze z całego świata. I to właśnie oni wyszli na tym najgorzej. Nie dość, że nie wzięli rachunku za darmową reklamę dla chciwych pajaców, którzy ich idee gotowi byli sprzedać za garść miedziaków, to jeszcze na pożegnanie natura spłatała im figla i w ramach globalnego ocieplenia zafundowała taką zimę, jakiej Europa od dawna nie widziała.

Autor: Michał Kiełbik (Kilbian)
Powyższy artykuł pochodzi z darmowego magazynu Ring

www.sportywalki.pl/magazyn_ring.html

Skomentuj