Gdy 17 lat temu MMA wypłynęło na szerokie wody za sprawą pierwszej gali UFC, miało być z założenia zetknięciem się różnych stylów walki w celu zakończenia raz na zawsze odwiecznych dyskusji o to, który z nich jest najskuteczniejszy. Temu służył bardzo liberalny zestaw reguł, sprowadzający się do tego, że tych reguł w zasadzie nie było; chodziło o to, by nie faworyzowano żadnego ze stylów. Takie były pierwotne zamiary – przynajmniej według wersji oficjalnej – rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała tę formułę.

W rzeczywistości, gale MMA rzadko kiedy miały ów czysto sportowy charakter. Od samego początku towarzyszył im komercyjny charakter. Działo się to ku uciesze organizatorów – bo zwiększało atrakcyjność imprezy, a to przekładało się na większe dochody – oraz samych fighterów, których sława dzięki temu rosła. A za sławą pieniądze. Dziś to właśnie pieniądze stoją za większością poczynań organizatorów, tak jak i zresztą w wielu innych sportach.

Jakie są tego skutki?Nie ulega wątpliwości, że mimo nieustannego rozwoju i eksploracji nowych rynków, MMA wciąż pozostaje sportem niszowym. Wciąż jest w fazie pozyskiwania nowych widzów, kibiców, grup docelowych. Zastanówmy się więc, z czym muszą zmierzyć się organizacje wraz ze swymi pieniędzmi, by to się udało, na jaki grunt natrafiają i jakimi środkami do tego dążą.

Jak postrzega ten sport przeciętny widz, który dopiero zaczyna swoją przygodę z MMA, który przypadkiem natrafia na galę w telewizji?

Czy jako konfrontację tradycyjnych stylów? Nie, raczej nie. Czy jako show na dobrym poziomie, okraszone zmaganiami podziwu godnych atletów? Chyba też nie. Prędzej będzie traktował walki, jako usankcjonowane bójki z udziałem nieokrzesanych tępaków pozbawione wszelkich reguł i wszelkiej godności. Jako publiczne mordobicie, za które zamiast zafundować mięśniakom należny pobyt na dołku, płaci się im jeszcze niemałe pieniądze. No, ale telewizor już włączony, jest to coś nowego, a ciekawość zwycięża. Pierwszy mały sukces po stronie MMA, ale ten jest zasługą przypadku. Jest pewnego rodzaju zaliczką. Czy widz skusi się na drugi raz, to już zależy wyłącznie od tego, co zobaczy. Jeżeli stereotypy znajdą swoje potwierdzenie, to szanse są na to niewielkie – ciekawość zostanie już zaspokojona, a „mordobiciem bez reguł” usatysfakcjonowana będzie raczej wąska grupa odbiorców. Co ważne, grupa raczej niezamożna i nie skłonna wykładać grube pieniądze na Pay-Per-View i wydania DVD. Może na koszulkę, ale to byłoby na tyle. Organizacjom nie o to chodzi, stereotypy muszą więc w jakiejś mierze zostać przełamane. Ale jak to zrobić?

Oczywiście, nikt nie będzie w przerwach pomiędzy walkami czytał listy kilkudziesięciu reguł, które obowiązują na ringu, bądź w klatce, po to tylko, by przekonać widza, że walka ma swoje sztywne ramy i jest w gruncie rzeczy ucywilizowana. To nikogo nie przekona. Prędzej uśpi. Można również pokazywać zapowiedzi, w których ukazani są fighterzy wylewający ostatnie krople potu i zmuszeni do wielkich wyrzeczeń oraz tytanicznej pracy, aby widz wiedział, że to nie są przypadkowi ludzie zebrani w pubie dzień wcześniej gotowi dać się zlać na kwaśne jabłko za dziesięć dolców. I to się rzeczywiście robi, ale prawdę mówiąc tego typu filmy są adresowane raczej do ludzi, którzy już połknęli w jakimś stopniu bakcyla i ciekawi są przygotowań swoich ulubieńców do najbliższej walki.

Jasne, to może być również niezła przynęta na pierwszego z brzegu potencjalnego fana, ale na tym nie można opierać całej strategii promocji. Otrzemy się o banał, ale trzeba to powiedzieć jasno – tym, na co ludzie zwracają największą uwagę i co kształtuje ich pogląd na całe wydarzenie jest to, co widzą w ringu / klatce. A co widzą? Nie film promocyjny i nie spikera czytającego z kartki, co wolno, a czego nie wolno robić. Widzą fighterów. Widzą walkę i widzą zachowanie zawodników. Sama walka, ringowa akcja może zachęcić nowicjusza, aby zechciał obejrzeć kolejną galę, i jeszcze jedną. To nie ulega wątpliwości. Ale równie ważnym czynnikiem – a naszym zdaniem nawet ważniejszym – jest postawa głównych aktorów tego spektaklu. A na tę postawę składają się wizerunek, charakter, charyzma. Zestaw nawet najlepszych technicznie walk nie zachęci wielu, jeśli fighterzy będą bezbarwni. Ludzie zwracają ogromną uwagę na ich zachowanie. To właśnie to zachowanie kształtuje w największej mierze wizerunek MMA na świecie. Ten wizerunek jest w rękach samych zawodników. Jak wywiązują się z tego zadania?

Prosta odpowiedź na powyższe pytanie brzmi: bardzo różnie, w myśl zasady „dla każdego coś się znajdzie”. Wyróżnić można wszakże kilka najczęściej spotykanych postaw i przyjrzeć się im na przykładzie najbardziej charakterystycznych reprezentantów każdej z nich.

PRIDE

Współczesne MMA, jak już zostało powiedziane, narodziło się w roku 1993 w Stanach Zjednoczonych, my jednak sądzimy, że nie od rzeczy będzie na dobry początek przenieść się do Japonii, gdzie cztery lata później narodziła się organizacja PRIDE. To właśnie w PRIDE stopił i show stopiły się w jedną całość, a ciężka praca z wyszukaną rozrywką; UFC w pierwszych latach starało się, mimo wszystko, być mniej lub bardziej wierne idei konfrontacji stylów walk i można powiedzieć, że było na etapie poszukiwań własnej tożsamości.

PRIDE to od początku była jedna wielka masowa impreza. Zogniskowana wokół wydarzenia, jakim były walki profesjonalnych atletów, ale jednak impreza. I choć Japończycy prezentują generalnie znacznie wyższą kulturę w kwestii znajomości tematu, jakim jest walka wręcz, to można zaryzykować tezę, że PRIDE nie byłby tym, czym się stał, gdyby nie cała towarzysząca galom otoczka. Otoczka, tworzona przez samych fighterów, choć przy pomocy i zachęcie organizatorów.

Któż z nas nie pamięta efektownych wejść zawodników, popisów teatralno-tanecznych w wykonaniu Kazushi Sakuraby albo iście filmowych popisów Boba Sappa? Gdy pojawiał się nienasycony Wanderlei Silva, halę przeszywała euforia. Gdy na unoszonej platformie rysował się cień skupionego, chłodnego Mirko „Crocopa” Filipovica, ludzie w napięciu czekali na to, co się stanie. Każda z tych wybitnych postaci swoją osobowością kreowała wizerunek MMA.

Z jednej strony mieliśmy owego Sakurabę – skorego do wygłupów, wesołego Japończyka, którego nigdy nie podejrzewalibyśmy o jakiekolwiek skłonności do zachowań agresywnych. Wprawdzie serwowany przezeń show adresowany był przede wszystkim do poczucia humoru miejscowych, ale nie ulega wątpliwości, że radosny i lekko zwariowany Japończyk budził sympatię i zaufanie. Człowiek słyszał, że jest to jeden z najważniejszych zawodników, a więc ktoś w pewnej mierze reprezentatywny dla całej organizacji, dla całego sportu i myślał sobie: „kurcze, przecież to nie jest żaden żądny krwi dzikus”. To budziło zaufanie.


Kazushi Sakuraba wjeżdżający do ringu na dziecięcym rowerku

Na drugim biegunie plasował się wspomniany Silva, który zdawał się wypić zbyt dużą ilość mocnej brazylijskiej cafezinho i zmuszony był jakoś spożytkować zgromadzony nadmiar energii. Najlepiej zamieniając twarz przeciwnika w krwawy befsztyk.

W tym czasie w UFC furorę robił Tito Ortiz, kalifornijski cwaniak pełną gębą, który wypłynął na postawie typu „nikt mi nie podskoczy”. Pamiętna jest jego wojna podjazdowa z teamem Lion’s Den, na czele którego stał inny macho – o jakże skromnym pseudonimie „Najniebezpieczniejszy człowiek świata” – Ken Shamrock i jego wierny sekundant Guy Mezger, którego Tito mianował „swoją dziwką”. Krótko mówiąc, typowe zgrywanie twardziela w amerykańskim stylu.


„Tercet egzotyczny” – Ken Shamrock, Guy Mezger oraz Tito Ortiz

Taką zabawę zapewniała ta organizacja. Dla podpitych motocyklistów było to na pewno wyborne, ale nie pomagało w kwestii podboju ogólnoamerykańskiego rynku. Zresztą do tego typu zabaw Amerykanie zdają się mieć szczególne upodobanie, bo choć wiele się przez ostatnią dekadę zmieniło, ostatnio byliśmy świadkami masowej rozróby na gali Strikeforce. Całe zajście filmowała na żywo telewizja, można się więc domyślać, że Scott Coker – założyciel organizacji – musiał być zachwycony.

Równolegle z kogucimi popisami Ortiza i Shamrocka wytworzył się drugi typ idola, wzorca i reprezentanta MMA – rodzaj bohatera lubianego przez wszystkich, godnego sportowca, dojrzałego emocjonalnie i grającego fair zawodnika, który jest w stanie ciężką i uczciwą pracą pokonać wszystkich „złych chłopców”. Uosobieniem takiego zawodnika stał się Randy Couture. Był do tej roli znakomicie usposobiony. Jego rodowód reprezentanta kraju na Igrzyskach Olimpijskich, służącego ojczyźnie i wygrywającego w czystej walce bez potrzeby wdawania się w niepotrzebne pyskówki dawał mu znakomitą legitymację do stania się pożądanym przez szefostwo UFC poster boy’em, który mógłby stanowić wzór dla młodzieży i przyciągnąć nowe rzesze fanów. Couture pozostaje zresztą w tej roli do dzisiejszego dnia. W pewnej mierze podobną postacią jest również Fiodor Emelianenko.

Pierwszą parą antagonistów byli Sakuraba i Silva, drugą Ortiz i Couture, trzecią natomiast uosabiać mogliby w nieco dawniejszych czasach Filipovic i Sapp, dzisiaj zaś byliby to raczej George St. Pierre i Brock Lesnar, z tą jednak różnicą, że ci dwaj ze sobą nigdy nie walczyli i raczej nie zawalczą. W pierwszym przypadku różnicę stanowiłby temperament, podejście do walki, w drugim swoista kultura osobista, w trzecim natomiast antagonizm uwidaczniałby się na linii gwiazdor – sportowiec. Bob Sapp to gwiazdor, showman wykreowany w dużej mierze przez media z racji swoich gabarytów, którymi z miejsca robił wrażenie i powodował, że zainteresowanie wokół niego długo nie spadało. Podsycał je sam zainteresowany strojąc głupie miny i błaznując przy każdej okazji.


Bob Sapp strojący groźne miny

Kimś takim jest w dzisiejszym świecie MMA Brock Lesnar, były gwiazdor wrestlingu, również robiący wrażenie posturą ulubieniec kamer. Niewiele osiągnął, ale jest twarzą UFC, ponieważ jest charakterystyczny i ludzie go uwielbiają. Typem stuprocentowego sportowca, czy też atlety, jest Mirko Filipovic, którego od lat najmłodszych sztuki walki były pasją i który przeszedł długą drogę przez turnieje kick-bokserskie i bokserskie, K-1, by koniec końców trafić do świata MMA. Nigdy nie stroił się w piórka przed obiektywami i większe znaczenie przywiązywał do czynów niż do słów. W pewnym sensie dzisiejszym odpowiednikiem takiej postawy jest George St.Pierre – wzór nowoczesnego atlety, którego postawa jest do tego stopnia godna pochwały, że doczekał się dwukrotnie tytułu Sportowca Roku w Kanadzie. To mówi wyraźnie za siebie i wskazuje drogę, która wiedzie ku powszechnemu uznaniu.


Georges St-Pierre podczas treningu

Powtórzmy raz jeszcze: MMA nigdy nie miało charakteru czysto sportowego, w takiej samej mierze jak nie ma go piłka nożna czy koszykówka. To, co widzimy, to pewien spektakl, z tą jednak różnicą, że w odróżnieniu od tradycyjnego spektaklu tu nie wszystko jest wyreżyserowane i pozostaje dużo miejsca na „swobodę twórczą” aktorów. Od tego, jak ta swoboda zostanie przez nich wykorzystana zależy odbiór całości. Od tego odbioru zaś zależy uznanie ludzi, prestiż, sława oraz pieniądze. To ludzie płacą za bilety, gadżety, za widowisko. To oni – na czele z mediami, które odgrywają tu kluczową rolę – decydują o tym, jak postrzegane jest dane zjawisko, a im jest więcej tych, którzy postrzegają je pozytywnie, tym korzystniejsze jest to dla całego sportu. I tak jest z każdym sportem, chociaż jakość poszczególnych scen przedstawienia nie jest już może tak istotna w tych przytoczonych wyżej dyscyplinach, które mają swoje stałe, wywalczone miejsce w przestrzeni publicznej, one – mimo różnych wybryków – zdołają się obronić.

Ale przyszła droga MMA jest wciąż niepewna. Kilka niewłaściwych ruchów może na długo strącić je z drogi wiodącej ku sportowemu uznaniu. Warto zatem pamiętać, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na zawodnikach, odpowiedzialność za przyszłość swojego sportu. I warto, żeby sami zawodnicy zdawali sobie z tego sprawę i o tym pamiętali.

Autorzy: Michał Kiełbik (Kilbian), Jakub Kiełbik (Wesley)
Powyższy artykuł pochodzi z darmowego magazynu Ring

www.sportywalki.pl/magazyn_ring.html

Skomentuj